aGwerblog to blog kosmetyczny z elementami lifestylu, porad i makijażu.

Cała prawda o pędzlach ZOEVA | porównanie kolekcji

pedzle-zoeva

Pędzli Zoeva używam od mniej więcej 3-4 lat. Przez moje ręce przewinęła się masa pędzli różnych marek przez Hakuro, Sigma, Kryolan, Melkior, Real Techniques, Morphe Brushes, Makeup Geek i kilka innych marek no name. Jednak najwięcej pędzli na których pracuje i używam na co dzień, to właśnie modele marki Zoeva. W mojej, nazwijmy to dla wygody, kolekcji znajdują się pędzle z klasycznej linii (z czarnym trzonkiem), edycja Pink, Taupe, Rose Golden,  Rose Golden vol. 2 oraz Bamboo. Dziś porównam najpopularniejsze modele, które mam, i które moim zdaniem w jakiś sposób się różnią. Mam nadzieję, że dzięki temu łatwiej będzie Wam dokonać zakupu i będziecie doskonale wiedziały na jakie modele lub zestawy się zdecydować.
➥ 9 najlepszych pędzli do blendowania

Pędzle Zoeva

Odnoszę wrażenie, że to aktualnie najbardziej popularne pędzle wśród kobiet. Widzę je wszędzie online, ale i moje klientki też je kojarzą. Nic dziwnego. Marka od samego początku oferuje świetną jakość, za wcale nie za wysoką cenę. To własnie pędzle wyprodukowane pod szyldem ZOEVA zyskały dla marki rozgłos i rozpoznawalność. Od 2008 roku podbijają serca wizażystów i użytkowniczek na całym świecie. Ta młoda niemiecka marka szturmem pobiła serca polek, a ja jestem wierną użytkowniczką pędzli Zoeva, nie bez powodu. 

Aktualnie marka oferuje mnóstwo modeli i sześć kolekcji, które kuszą pięknym wyglądem. Miałam to szczęście, że w moich rękach znalazły się pędzle ze wszystkich sześciu linii i mogę je porównać i pokazać Wam je z bliska. Już dawno obiecałam taki post, ale właściwie nie wiem czemu ciągle spychałam go na dalszy plan. Dziś przyjrzymy się bliżej pędzlom Zoeva z różnych kolekcji. Opowiem Wam o jakości każdej z nich i mam nadzieję, że pozwoli Wam to podjąć decyzję o zakupie.

Jak dbam o pędzle?

Wszystkie pędzle jakie posiadam trzymam w jednej z szuflad Alex. Modele, które używam na co dzień, zazwyczaj przechowuję w pojemniczku na szafce i to właśnie je piorę najczęściej. Wszystkie pędzle zawsze myłam i dezynfekowałam w ten sam sposób, od samego początku użytkowania. Wszystkie rysy, pozdzierane skuwki to nie efekt złej pielęgnacji czy transportu, tylko kiepskiej jakości materiałów, ale o tym za moment. Podstawą pielęgnacji moich pędzli jest mydło Protex, Olejek Isana, profesjonalny płyn do mycia pędzli, płyn z MAC lub szampon Baby Dream. Te produkty używam zamiennie od samego początku. Aktualnie od kilku miesięcy piorę je głównie za pomocą mydła Protex i od zawsze dezynfekuje alkoholem izopropylowym. Ten ostatni krok można też wykonać za pomocą preparatu Skinsept lub jeżeli stosujemy profesjonalny płyn do mycia pędzli (np. MAC, Kryolan), to nie jest konieczny, bo one od razu dezynfekują pędzle. Ja jednak nigdy tego kroku nie pomijam. Zawsze myje pędzle włosiem w dół, żeby nadmiar wody nie dostał się do łączenia trzonka ze skuwką. Suszę je w osłonkach i staram się aby włosie było nieco niżej niż trzonek lub po prostu wystawało poza krawędź szafki/stołu. Nigdy nie robiłam tego przy kaloryferze ani nie suszyłam ich suszarką (a o takich przypadkach słyszałam!). Cały proces nie dotyczy tylko pędzli Zoeva, ale wszystkich jakie posiadam. Nie wydaje mi się, aby sposób pielęgnacji mógł w negatywny sposób wpłynąć na jakość włosia lub pędzli, bo jak się zaraz same przekonacie część z nich wciąż wygląda jak nowa.

pedzle-zoeva

Zoeva 228

Zaraz po modelu 227, to mój ulubiony typ pędzla. Właśnie dlatego mam ich aż tyle + kilka podobnych modeli z innych marek. Również z tego powodu ten typ pędzla zawsze polecam podczas lekcji makijażu. Często kiedy pytacie mnie o to, jakie pędzle warto kupić na start, Zoeva 228 znajduje się w moich propozycjach w pierwszej trójce.

Do czego służy ten model? Okrągła skuwka, zaokrąglone włosie idealnie sprawdzają się do każdego makijażu. Niezależnie od tego czy chcecie zrobić smokey, przypudrować powiekę czy zrobić szybki makijaż dzienny. Zoeva 228, to strzał w dziesiątkę. Jego kształt pozwala w prosty i wygodny sposób rozetrzeć cienie tworząc nimi delikatną chmurkę.
Czym się różnią pędzle z kolekcji? Po pierwsze: mój pierwszy pędzel z czarnym trzonkiem, to najstarszy pędzel Zoevy jaki mam i jak widzicie, jest jeszcze z ciemnym włosiem. Z tego co wiem ten model jest aktualnie dostępny tylko w białym włosiu. Jeżeli chodzi o kształt modelu Zoeva 228, to jest prawie taki sam w każdej kolekcji. Czym się różnią w takim razie? Jakością włosia. Niestety seria Rose Golden vol. 2 jest drapiąca i nieprzyjemna, trudniej się ją też domywa, a chyba nie muszę wspominać o zadrapanej, obrzydliwej skuwce. Ponadto w edycji Rose Golden vol. 2, jak również w Taupe pędzel jest bardziej "rozczapierzony". Najbliższy pierwotnemu wzorowi jest pędzel z linii Pink, ta seria ma również najlepszej jakości skuwki (zaraz po linii klasycznej).

pedzle-zoeva

Zoeva 227

Jak wspomniałam wcześniej, to mój numer jeden jeżeli chodzi o wykonywanie makijażu oczu. Dla mnie to podstawa i tego modelu mogę mieć na pęczki, bo zawsze będzie się u mnie sprawdzał. Razem z pędzlem MAC 217, to absolutny niezbędnik. Nie tylko w kufrze profesjonalisty, ale i każdej z Was, nawet jeżeli jesteście dopiero początkujące.

Do czego służy ten model? Spłaszczona skuwka sprawia, że pędzel nabiera lekko prostokątnego kształtu. Dzięki temu bez problemu blenuje się nim załamanie powieki, ale i doskonale łączy kolory w trakcie wykonywania makijażu. Specyficzny format pędzla sprawia, że z łatwością możemy makijażowi nadać pożądany kształt, nawet przy niewielkich oczach. Ponadto sprawdzi się też do rozblendowania dolnej powieki.
Czym się różnią pędzle z kolekcji? Niestety podobnie jak w przypadku 228 największa różnica jest w jakości włosia. Najlepsze jest w modelu klasycznym i zestawie Pink, natomiast ten z serii Rose Golden vol. 2 drapie i nie jest już taki przyjemny. Jeżeli chodzi o kształt, to różnice są minimalne. Wersja z klasycznej kolekcji jest bardziej płaska, dzięki czemu odrobinę bardziej precyzyjna. Aczkolwiek pędzel Zoeva 227 Pink, też jest niczego sobie. Jeżeli jednak miałabym wybierać, wybrałabym model z czarnym trzonkiem.

pedzle-zoeva

pedzle-zoeva-blog

Zoeva 234

Pędzel w kształcie płaskiego języczka bardzo ułatwia i przyspiesza wykonywanie makijażu. Ten pędzel z czarnym trzonkiem, podobnie jak Zoeva 228 jest już ze mną bardzo długo. Jedyna jego wada to trochę starty numer i mniej połyskujący trzonek. Moim zdaniem powinien się znaleźć w zestawie dla początkujących i zaawansowanych, głównie ze względu na swoją wielozadaniowość. 

Do czego służy ten model? Płaski kształt i zaokrąglona końcówka pozwalają na dokładną aplikację cieni na całą przestrzeń powieki ruchomej. Dzięki temu możemy nałożyć na nią dowolny kolor oszczędzając czas i nerwy związane z aplikacją za pomocą palców, która już nie jest taka precyzyjna. Ponadto czubek pędzla świetnie sprawdza się do blendowania dolnej powieki.
Czym się różnią pędzle z kolekcji? Tutaj różnice są niestety całkiem spore i widoczne gołym okiem. Zacznijmy od kształtu. Wersja klasyczna jest płaska i delikatnie zaokrąglona na brzegach. Co więcej pędzel jest jakby "wystrzępiony" na końcu, zmniejsza swoją objętość, co moim zdaniem jest jego wielką zaletą. Poza tym skuwka jest dość mocno spłaszczona, więc pędzel jest stosunkowo płaski. Natomiast model z linii Pink nie dość, że ma krótsze włosie, brakuje w nim tego wystrzępienia, to ma zdecydowanie mocniej zaokrąglony brzeg. Nie tego się spodziewałam. Zoeva 234 z serii Bamboo jest najgrubsza (czyli ma najmniej spłaszczoną skuwkę) i ma najdłuższe, najbardziej rozczapierzone włosie. Osobiście lubię ten model Bamboo, ale to nie jest to czego oczekiwałam decydując się na jego zakup. Żaden z tych pędzli nie ma w podobny sposób zwężonej końcówki (mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi), różnią się kształtem, długością i grubością włosia.

pedzle-zoeva-blog

pedzle-zoeva-blog

Zoeva 322

Mój ulubieniec do makijażu brwi za pomocą cieni. Szybki, wygodny i precyzyjny, ciężko jest zrobić sobie nim krzywdę, jeżeli się wie, jak go używać. Mnie się podoba fakt, że jest taki szeroki, a krótkie włosie jest bardzo sprężyste. Jeżeli więc szukacie czegoś sprawdzonego do brwi, ten model jest w raz. Zoeva 322 daje radę!

Do czego służy ten model? Przede wszystkim, jak nazwa Brow Line wskazuje, jest to pędzel do makijażu brwi. Krótkie i płasko ścięte, sztywne włosie jest bardzo wygodne. Mocno spłaszczona skuwka i odpowiedni kształt ułatwiają i przyspieszają makijaż brwi. To kolejny model, który zawsze polecam i który od dawna się u mnie sprawdza. U Was zresztą też z tego co wiem. Od czasu do czasu lubię też zaznaczyć nim linię dolnych rzęs tuż przy linii wodnej. 
Czym się różnią modele z kolekcji? Przede wszystkim, co dla mnie w tym przypadku jest niedopuszczalne, różnią się grubością. Zobaczcie na drugim zdjęciu powyżej. Pędzel z klasycznej linii jest najbardziej spłaszczony i to właśnie ta cecha sprawia, że pędzel pozwala na precyzję. Pozostałe modele są znacznie grubsze i już praca nimi może sprawiać więcej kłopotów. Może wyda Wam się to małą różnicą, dla mnie jest ogromna i jak otrzymałam moje zestawy, byłam w szoku. Poza tym jak zwykle w przypadku Rose Golden vol. 2 skuwka jest w tragicznym stanie, podobnie jak w pędzlu Rose Golden. Lubię ten model, ale jak mam wybierać zawsze sięgnę po ten, z klasycznej linii. 

pedzle-zoeva-blog

pedzle-zoeva-blog

Zoeva 231

To również jeden z modeli jaki miałam od samego początku. Bardzo podoba mi się fakt, że jest mniejszy i bardziej zbity niż 228, co pozwala na większą precyzję. Stosuję go właściwie za każdym razem kiedy wykonuję makijaż na klientkach, bo doskonale się nim pracuje z bardziej skoncentrowanym kolorem lub ciemnym, intensywnym makijażem oczu.

Do czego służy ten model? Model Zoeva 231 pozwala na blendowanie mniejszych przestrzeni, dokładną aplikację koloru oraz ich precyzyjne łączenie. Nazwałabym go większą kuleczką, której zaostrzony delikatnie czubek pozwala na perfekcyjne roztarcie cieni. Zarówno solo, jak i tych które, ze sobą łączymy. Ze względu na swój niewielki rozmiar nadaje się też do blendowania dolnej powieki, dzięki temu możemy uzyskać pięknie rozdymione cienie.
Czym różnią się pędzle z kolekcji? Przede wszystkim różnią się długością, kształtem i niestety jakością włosia. Jedynie pędzel z klasycznej kolekcji ma ten delikatnie wyostrzony czubek i, co widać na powyższym zdjęciu, jest dłuższy od pozostałej dwójki. Włosie jest też zdecydowanie przyjemniejsze i nie drapie po powiece jak model z Rose Golden vol. 2, który właściwie powinnam wyrzucić. Nawet pędzel z różowej kolekcji jest nieprzyjemny i drapiący. Może to specyfika tego kształtu - nie wiem, bo pędzel z czarnym trzonkiem sprawuje się znacznie lepiej.

pedzel-zoeva-227

Zoeva 230

Pędzel typu pencil brush, to mój ulubiony model do precyzyjnego wykończenia makijażu. Mały rozmiar i ostro zakończona końcówka umożliwiają dokładne roztarcie i aplikacje cieni. Lubię go, bo można wykonać nim kilka czynności i uzyskać zadowalający efekt wkładając w niego mało wysiłku.

Do czego służy ten model? Właściwie jest wielofunkcyjny. Można blendować nim dolną powiekę, dokładać intensywnych kolorów i rozświetlać wewnętrzny kącik. Może też służyć po prostu do nakładania cieni na całą powiekę, rozcierania kredki lub podkreślania dolnej linii brwi. Jak wspomniałam - nadaje się do wielu zadań, więc warto go mieć w swoim zestawie na co dzień.
Czym różnią się pędzle z kolekcji?  Widać na powyższym zdjęciu wyraźnie, że sporo różnią się kształtem. Linia klasyczna jest bardziej spiczasta, więc daje największą precyzję. Pozostałe pędzle są bardziej zaokrąglone, to małe kuleczki. Nie powiem, że są niepraktyczne, bo to nie prawda. One też sprawdzają się świetnie, ale ponieważ nie posiadają tej zaostrzonej końcówki nie są już tak dokładne. W jakości włosia nie mam w sumie na co narzekać, bo we wszystkich jest względnie taka sama.

zoeva-227
Pędzle Zoeva - czy warto je kupić, podsumowanie

Same doskonale widzicie, że nie ma pędzli idealnych. Każdy z nich ma jakąś wadę mniejszą lub większą. Natomiast jeżeli chcecie znać moje zdanie na ten temat, to ja z czystym sumieniem uważam, że tak. Pędzle Zoeva warto kupić, ale głównie z linii klasycznej, Pink oraz ewentualnie syntetyczne z linii Bamboo. Nawet jeżeli minimalnie różnią się kształtem, to jakość wykonania skuwek, trzonków i włosia nie odbiega zbytnio od pierwowzorów, w przeciwieństwie do modeli chociażby z linii Rose Golden vol. 2 albo Taupe. Musicie dokładnie sprawdzić jakie modele Was interesują, które się sprawdzą i najlepiej skomponować zestaw samodzielnie.
Największa różnica w tych wszystkich kolekcjach to jakość włosia i kiepskie skuwki. Nie wiem czy ja trafiłam na felerny zestaw Rose Golden vol. 2 (a słyszałam, że nie jestem jedyna) czy po prostu nie umiem się obchodzić z pędzlami (w co wątpię), ale jestem rozczarowana tak dużymi różnicami w jakości z różnych serii. Wydawało mi się, że marka od samego początku stawiała na jakość, a ostatnio mam wrażenie, że te serie mają tylko ładnie wyglądać, niekoniecznie spełniać oczekiwania wymagających użytkowniczek. Jeden pędzel do oczu to koszt ok. 36zł, a zestawy kosztują swoje, więc mamy prawo wymagać dobrej jakości.

Osobiście nie skuszę się więcej na żaden zestaw pędzli Zoeva. Natomiast na pewno zdecyduję się na pojedyncze modele z linii klasycznej, która moim zdaniem jest po prostu najlepsza. Jakość wykonania, tłoczenie, skuwki i trzonki są naprawdę świetnej jakości. Dopiero teraz zauważyłam, że z tych najstarszych pędzli delikatnie starły się napisy, a trzonki straciły lekko połysk. Na szczęście miękkość włosia i jego funkcjonalność nie zmieniła się po takim czasie.

Jakich pędzli używacie do codziennego makijaż?

PS. Na blogu pojawi się niebawem post o pędzlach do makijażu twarzy, które są godne polecenia. Jeżeli macie sugestie o postach w tym temacie dajcie znać o jakich pędzlach chcecie poczytać, a ja postaram się dla Was przygotować porządny materiał.

Czytaj dalej ›

MAC, Harmony | czy warto go kupić? + KONKURS!

MAC-Harmony-blog

Bronzer MAC w odcieniu Harmony nigdy mnie jakoś specjalnie nie interesował. Słyszałam o nim masę pozytywnych opinii, wiele dziewczyn uważało go za swój ulubieniec, ale kiedy zobaczyłam go na żywo wcale mnie nie zachwycił. Ot, zwykły bronzer, nie ma w nim nic specjalnego. Ponieważ w tamtym czasie (jakieś 2 lata temu) miałam swojego ulubieńca, chyba, z Kobo i nie szukałam nic nowego. Na szczęście przyjaźnię się z blogerką, która posiada go w swoich zbiorach i miałam okazję pożyczyć go na dłuższą chwilę. Macie ochotę poznać efekty naszego bliższego spotkania?
➥ Bronzer na każdą kieszeń
➥ Makijaż dla początkujących, co kupić?

MAC-Harmony-blog

MAC, Harmony

Kolejny kultowy kosmetyk, który doczekał się w końcu recenzji na blogu. Osobiście jestem zwolenniczką palet do konturowania, bo przy okrągłej twarzy zdecydowanie podoba mi się efekt, który dają różne odcienie brązu. Aczkolwiek na wyjazdy lub z braku czasu bardzo często sięgam po pojedyncze produkty. MAC, Harmony, to ten kosmetyk, po którego sięgałam z przyjemnością, nie tylko wtedy kiedy miałam mało czasu.
➥ Jak konturować okrągłą twarz?

Bronzer, a właściwie róż w odcieniu Harmony dostępny jest w salonach MAC, na stronie marki oraz w Douglasie (online i stacjonarnie). Za produkt o pojemności 6 g. musimy zapłacić 100zł w cenie regularnej. Ciężko opisać ten kolor, który nosi tak cudowną nazwę. To jednocześnie odcień taupe, ale nie jest tak szary i chłodny. To klasyczny, neutralny brąz, który można stosować do wielu typów urody. Dla mnie jest minimalnie podbity różem, dlatego jego neutralność kieruje się w tę chłodniejszą stronę, ale osobiście wciąż nie nazwałabym go chłodnym. Moim zdaniem nada się zarówno do cieplejszej i chłodniejszej urody. Co więcej, sprawdzi się też przy bardzo bladej karnacji, ale i dla oliwkowych tonacji (takich jak ja i ciemniejszych). Bardzo podoba mi się ta jego uniwersalność, bo dzięki temu jest ponadczasowy i sądzę, że to jeden z powodów jego popularności. Po dłuższym stosowaniu doszłam do wniosku, że ten ocień dopasowuje się bardzo do naszej karnacji. Dla mnie to strzał w dziesiątkę!

Kolejną jego zaletą jest pigmentacja. Pewnie się zdziwicie kiedy powiem, że nie jest na najwyższym poziomie. Moim zdaniem zbyt intensywna pigmentacja bronzerów to wada, bo bardzo łatwo zrobić sobie nimi krzywdę. Harmony ma idealną pigmentację. Nie jest zbyt mocna, więc osoby, które powiadają mniej sprawną rękę na pewno będą zadowolone. Natomiast te z Was, które preferują mocny kontur na pewno sobie z nim poradzą. Jego intensywność można stopniować, co jest kolejną cechą na plus dla tego bronzera.

MAC-Harmony-blog

MAC-Harmony-blog

Jakby nie patrzeć do tej pory same ochy i achy. Mam jednak jeden zarzut, który skierowany jest niekoniecznie do samego produktu. Opakowanie w jakim otrzymujemy bronzer jest, mówiąc w skrócie, średnie. Szybka bardzo szybką wyleciała, a plastik bardzo łatwo się rysuje. Miałam nadzieję, że za  taką cenę opakowanie będzie znacznie lepszej jakości. Pamiętajcie, że w salonach MAC można kupić róże w formie wkładów do palet magnetycznych, więc problem opakowania z głowy. Ja, jak to ja, musiałam się do czegoś przyczepić.

Poza tym uważam, że to naprawdę świetny kosmetyk. Bardzo się z nim polubiłam i z bólem serca oddałam go Alicji, tej co Ma Kota i planuję kupić własny róż Harmony. Nie prędko to nastąpi, bo aktualnie moja kolekcja produktów do konturowania rośnie z zastraszającą prędkością.

***UWAGA KONKURS***

No właśnie! Jeżeli o konturowaniu mowa, to mam dla Was genialny konkurs na Instagramie! Możecie wygrać fantastyczną paletę do konturowania marki pür cosmetics. Bawiłam się nią na ostatnim makijażu live i się zakochałam. Blenduje się jak masełko, a kolory są boskie. Co trzeba zrobić? Makijaż inspirowany jesienią i wrzucić go na Instagram. Wygrywają dwie osoby i każda z nich może sobie wybrać paletę do oczu lub do konturowania. Pełny regulamin i zasady konkursu znajdziecie na moim Instagramie. Powodzenia!

Ruszamy z obiecanym konkursem! Pokaż nam makijaż inspirowany jesienią 🍁 Razem z marką @pur_polska mam dla Was dwie nagrody ❤ Paletę do oczu Soiree Diaries oraz Contour Diares. Wygrywają aż dwie osoby ❤ ___________ Co trzeba zrobić żeby wygrać? 1. Obserwować profil @pur_polska oraz @agwer_blog na Instagramie. 2. Wrzucić zdjęcie swojego jesiennego makijażu i oznaczyć nasze profile na zdjęciu dodając w opisie informacje o konkursie i hashtag #jesieńzpur 3. Możecie zgłaszać dowolną ilość prac, ale takich, które nie były wczesniej publikowane. 4. Po ogłoszeniu wyników zwycięzcy będą mogli wybrać jedną z dwóch palet. 5. Udział w zabawie dla osób pełnoletnich, mieszkających w Polsce i posiadających konta publiczne. Profile założone tylko do konkursów nie będą brane pod uwagę. Zabawa trwa przez tydzień do 27.09 i do końca miesiąca postaramy sie ogłosić zwycięzców! Powodzenia!!! PS. Jak macie ochotę na zakupy to mam dla Was rabat 20% na cały asortyment @pur_polska dziś od 23.59 ważny przez miesiąc. Wystatczy w zamówieniu wpisać kod AGWER20
Post udostępniony przez a G w e r b l o g (@agwer_blog)


Jaki jest Wasz ulubiony bronzer aktualnie?

Czytaj dalej ›

ESTÉE LAUDER Double Wear | HIT czy KIT?

estee-lauder-double-wear-blog

Estée Lauder Double Wear, to chyba jeden z najbardziej znanych podkładów na świecie. Zachęcona masą pozytywnych opinii, rekomendacji nie tylko wśród blogerek, ale wizażystów i moich klientek. W końcu postanowiłam go wypróbować i mniej więcej od roku mam go w swoim kufrze. Myślę, że w końcu nadeszła pora aby podzielić się z Wami moją opinią na jego temat. Czy warto kupić podkład Estée Lauder Double Wear? Z dzisiejszego tekstu dowiecie się czy okazał się moim hitem, czy wręcz przeciwnie.

estee-lauder-double-wear-blog

Podkład Estée Lauder Double Wear

Producent obiecuje, że jest to podkład, który utrzymuje się na twarzy nawet do 15 godzin od aplikacji. Nie powoduje efektu maski, doskonale stapia się ze skórą, nie roluje się i jest gwarancją nieskazitelnego makijażu przez cały dzień. Obietnica doskonałego krycia i pięknej, lekko rozświetlonej cery wystarczy żebym z zapartym tchem zabrała się za testy. Tak własnie było. Ponieważ Double Wear, to produkt kultowy musiałam te zapewnienia skonfrontować osobiście i dziś opowiem Wam o moich odczuciach.

Podkład Estée Lauder Double Wear (185zł/30ml) zamknięty jest w bardzo eleganckiej, szklanej buteleczce, która wygląda bardzo luksusowo. Jak zapewne wiecie, ogromną wadą tego opakowania jest brak pompki, z którą musimy sobie poradzić na własną rękę. Nie jest to bardzo upierdliwe, ale płacąc taką cenę za podkład, chciałabym żeby jednak miał wygodny aplikator. Poza tym wykonanie jest perfekcyjne, a ubrudzenia zmywają się bez większych problemów. 

estee-lauder-double-wear-blog

estee-lauder-double-wear-blog

Podkład na większe wyjścia

Zdecydowałam się na ten produkt ze względu na zapewnienia wielogodzinnej trwałości. Chciałam mieć podkład, który zastyga i trzyma się na mojej twarzy przez wiele godzin. Dokładnie zakryje moje naczynka, nie przesuszy skóry i pozostawi na niej naturalny efekt. Szukałam produktu, który będę mogła stosować w podróży lub podczas ważnych uroczystości, nie martwiąc się o ciągłe poprawki. Podkład Estée Lauder Double Wear nie do końca spełnił moje oczekiwania. Dlaczego?

Przede wszystkim zawiodło mnie jego krycie. Ja nie mam wielkich wymagań, ponieważ jedyny problem z moją cera, to popękane naczynka. Niestety żeby je zakryć -3 warstwy Double Wear, co niestety nie zawsze kończyło się dobrze. Podkład marki Estée Lauder wymaga wprawnej i szybciej ręki podczas aplikacji, bo bardzo szybko zastyga. Dokładane warstwy muszą być aplikowane zanim podkład zastygnie, bo inaczej robi plamy i wygląda nieestetycznie. Miałam nadzieję, że tak kultowy produkt nie będzie stwarzał takich problemów. Dlatego zwracam Waszą uwagę na to, że dla idealnego efektu trzeba się trochę pospieszyć.

Nie mogę się jednak przyczepić do jego trwałości. Pokład trzyma się na twarzy naprawdę przez wiele godzin i cały ten czas wygląda bardzo ładnie. Nie ściera się, a zaaplikowane na niego produkty nie bledną w ciągu dnia. Stosowałam go wiedząc, że będę w trasie lub podróży ponad 10h i nie mogłam narzekać na jego wytrzymałość. Oczywiście nos, strefa nad ustami i broda wymagały mojej interwencji po mniej więcej 8h, ale to u mnie normalne. Ma płynną konsystencję, ale wbrew pozorom wcale nie jest lekki. Na szczęście nie czuć go na skórze, a ja po wielokrotnym stosowaniu nie odnotowałam aby wywoływał przesuszenie, zapychał lub podrażniał skórę.

Hit czy kit?

Nie nazwałabym go kitem, bo ostatecznie się u mnie sprawdził. Krycie sobie wzmacniam nałożeniem w pierwszej kolejności na problematyczne miejsca, odrobiny korektora i sprawnie nakładam podkład na skórę. Cera po jego aplikacji wygląda bardzo naturalnie i tak jak obiecywał producent nie odnotowałam efektu maski. Zdecydowanie jestem zadowolona z jego trwałości, a to było dla mnie przy jego ocenie kluczową kwestią. Dla mnie to jednak nie jest hit, bo za tę cenę ma zbyt dużo wad by do tak określić. Zastanawiam się czy kupię go ponownie i odpowiedź raczej nie będzie twierdząca. U mnie najlepiej w kwestii krycia i trwałości sprawdza się profesjonalny podkład Makeup Atelier Paris, ale o nim innym razem.

Czy warto go kupić? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie same. Jeżeli zależy Wam na wielogodzinnej trwałości makijażu, nie macie dużych niedoskonałości do zakrycia, to myślę, że tak. Na jego korzyść przemawia fakt, że wygląda na skórze bardzo ładnie i doskonale się trzyma. Choć uważam, że można znaleźć tańszy podkład, który będzie się sprawdzał podobnie.

Znalazłyście swój idealny podkład na większe wyjścia?

Czytaj dalej ›

Niedzielnik #22 | projekt jesień, Londyn i blogerki kłamią


Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogłam się doczekać tego niedzielnika. Może niekoniecznie nie mogłam się doczekać niedzieli, ale niedzielnik już od kilku dni chodził mi po głowie. To będzie kolejny tekst, w którym trochę się przed Wami otworzę, znowu sobie ponarzekam (bo ja taka maruda jestem właśnie), odsłonię trochę kart świata blogerów i zaproponuję udział w projekcie celebrowania jesieni. Oczywiście jeżeli macie ochotę spędzić ze mną ten niedzielny poranek, to przygotujcie sobie pyszną kawę lub ciepłą herbatę, zawińcie się w kocyk i zabierzcie do czytania. Dziś będzie tego całkiem sporo.
➥ Najlepszy prezent dla blogera
➥ 5 sposobów na odstresowanie

#PROJEKTJESIEŃ

Kocham jesień! Choć ostatnio mówiłam, że zima to moja ulubiona pora roku, to właśnie zmieniłam danie. Zdecydowanie wolę jesień i w tym roku mam zamiar celebrować ją tak długo jak się da. Ciemne bordowe pomadki, śliwkowe paznokcie, ciepłe swetry, koce i książka z ulubioną herbatą? Tak, tak, tak! Co roku jesienne krajobrazy zapierają mi dech w piersiach. Czerwono-brązowe liście, w połowie łyse drzewa, piękny zapach wilgotnej trawy, chłodny wiatr. Nic tylko żyć, nie umierać! W tym roku chcę celebrować jesień. Mam zamiar całkowicie odmienić swoje postrzeganie codzienności. Bordowa albo śliwkowa pomadka? Oczywiście! Mocno podkreślone oko? Czemu nie! Wygodny i ciepły sweter? Koc? Botki? Jak najbardziej. Mam zamiar z każdego jesiennego dnia wyciągać jak najwięcej i choć jestem raczej domatorką i lubię spędzać czas w domu na pewno będę więcej spacerować. Chcę chłonąć każdą jesienną chwilę, bo ani się obejrzę już będzie zima.

W związku z powyższym ogłaszam #projektjesień! Będę się z Wami dzielić moim celebrowaniem jesieni. Na pewno przygotuję na blogu jesienny post, a zapowiada się coś fajnego, więc mam nadzieję, że się Wam spodoba! Jeżeli Wy też macie ochotę celebrować ze mną jesień, zapraszam. Na pewno będę wrzucać zdjęcia na Instagram z hashtagiem #projektjesień, Waszych zdjęć również będę pod nim szukać.

Londyn!

Właściwie to jeszcze nic pewnego i póki co wyjazd jest dopiero w fazie planowania, ale... Jeżeli wszystko pójdzie po mojej myśli jeszcze w tym roku będę w Londynie! Kolejne marzenie będę mogła skreślić z listy. Zawsze chciałam odwiedzić to miasto! Zobaczyć jak tam jest, zajechać do The Making od Harry Potter Studio i na peron 9 i 3/4. Jako zagorzała fanka Harrego Pottera nie mogę przejść obok takiego miejsca obojętnie, a wypadałoby przed trzydziestką je odwiedzić. Bo potem wiecie... trzeba już być dorosłym i te sprawy.
Poza Londynem, razem z moim chłopakiem mamy w planach wizytę w Liverpoolu. Jako zagorzały fan piłki nożnej od dawna chciał tam pojechać, a skoro już będziemy w okolicy... Szykuje się fajny trip po Wielkiej Brytanii i mam szczerą nadzieję, że nasz wyjazd wypali! Już tworzę listę miejsc, które chciałabym odwiedzić i oczywiście na pewno zawitam do Bootsa i Primarka. Nie planujemy co prawda dłuuugiej wizyty, ale mam nadzieję, że zdążymy zobaczyć Big Bena, Tower Bridge, Buckingham Palace, Tower of London i może skorzystamy z okazji i wjedziemy na London Eye? Choć nie wiem czy będę miała tyle odwagi, zobaczymy!

Jeżeli byłyście kiedyś w Londynie lub Liverpoolu, koniecznie napiszcie mi w komentarzach gdzie warto zajść, jakie miejsca zobaczyć. Może znacie jakieś przyjemne kawiarnie? Restauracje, przez które nie zbankrutujemy, ale dobrze zjemy i miło spędzimy czas?

Blogerki kłamią

Pewnie znowu wyjdę na tą złą. Pewnie znowu ktoś mi zarzuci, że mam ból dupy (tym razem proszę o precyzję - o co?), że jestem zazdrosna albo mam kompleks mniejszości i wylewam gorzkie żale. Prawdopodobnie wiele z Was sobie pomyśli, że przesadzam. Zapewne znowu ktoś obrobi mi tyłek, będzie plotkował za moimi plecami czy zablokuje mnie na Instagramie. Możliwe, ale już mnie to nie interesuje, bo miarka się przebrała.
ZNOWU.


 (notabene autorem tego zdjęcia jest mój chłopak, czego Demotywatory.pl nie raczyły w żaden sposób zaznaczyć)
Opowiem Wam coś, co może pozwoli niektórym z Was uświadomić sobie, że blogosfera jest tak naprawdę bardzo mała. Ludzie gadają, plotkują i... obserwują, widzą pewne rzeczy, pewne zależności. Jako blogerka dostaję dużo ofert współpracy. Nie, nie piszę tego po to żeby się chwalić, ale żeby uświadomić Wam, dostaję informację o większości kampanii, które odbywają się w naszym urodowym świecie online. Wiem co się szykuje, jakie będą akcje i jakie kosmetyki będą przesyłane do testów w ramach barteru lub płatnych działań. Jako odbiorca czytam blogi, śledzę Instagramy i Fanpage ulubionych (i nie tylko) blogerek i widzę co się dzieje, jakie piszą posty, jakie tematy poruszają na swoich blogach i jakie otrzymują paczki. Widzę, które dziewczyny decydują się na barter, a które na płatną współpracę. Będąc jednocześnie blogerem i czytelnikiem wiem, jakie warunki proponuje marka lub agencja w ramach współpracy. 
I wiecie co mnie denerwuje?
Jak doradzają, komentują i podpowiadają innym blogerkom jak się wyceniać, jak to powinny szanować swoją pracę i swój czas. Przy czym 3/4 recenzji blogu to paczki z współprac barterowych. Oczywiście może się mylę! Może każda z nich ugadała sobie perfekcyjne warunki i chwała im za to. Gratulację, życzę powodzenia i podziwiam za tak umiejętne prowadzenie negocjacji. Szkoda tylko, że często nie przekłada się to na rzeczywistość.
Żeby znowu nikt mnie źle nie zrozumiał. Barter, barterowi nie równy. Nie tępię tego typu działań, bo czasami sama się na takie zgadzam jeżeli produkt lub marka mnie jara i chcę poznać te kosmetyki z bliska. Jasne! Nigdy tego nie kryłam i, co pragnę podkreślić, tu nie chodzi o potępianie barteru, ale o podejście do tego tematu niektórych osób. Nie chodzi mi tutaj o samą ideę barteru, róbta co chceta - Twój blog, Twoje kredki. Mnie chodzi o hipokryzję, którą zdarzało mi się ostatnio często zauważać. "Biorę 3/4 współprac barterowych, bo ZA DARMO, a wszystkim doradzam jak bardzo powinni się cenić, jak szanować swój czas i włożoną pracę, chwalę się na prawo i lewo jaka to ja nie jestem droga, jakie to ja mam stawki i gardzę barterem".
Naprawdę? Gdzie tu sens? Gdzie logika?

Nie rozumiem robienia z siebie nie wiadomo kogo, kiedy rzeczywistość jest zupełnie inna. Ten światek naprawdę jest mały i jak ktoś jest uważnym obserwatorem nie trudno jest zauważyć kto jak kreuje swój wizerunek. Nigdy nie uważałam się za eksperta w dziedzinie blogowania, bo uważam, że są osoby bardziej kompetentne ode mnie, ale jeżeli COŚ WIEM i mogę pomóc komuś, kto tej wiedzy nie posiada - zrobię to. Jednak nie wciskam kitu, nie robię z siebie "bogini blogosfery" tylko dlatego, że dostałam kolejną paczkę. Staram się dzielić faktyczną wiedzą i doświadczeniem aby osoby, które go jeszcze nie mają miały łatwiejszy start niż ja, ale nie ściemniam. Nie wciskam nikomu, że wiem najlepiej i w ogóle, bo każdy ceni swoją pracę inacezej. Dla mnie to nie jest powód do wywyższania się, ale radości. Z przyjemnością dzielę się z Wami moimi doświadczeniami, podpowiadam i nie kłamię. Po prostu jestem szczera. Zawsze powtarzam, że dopóki robisz na blogu wszystko w zgodzie ze sobą, to rób to dalej. Mnie irytuje jedynie fakt, że niektóre blogerki robią jedno, a mówią drugie i myślą, że nikt tego nie widzi.
Aha i jeszcze jedno. Nie mylmy paczek PR-owych, które właściwie do niczego nas nie zobowiązują z faktycznymi działaniami o charakterze barterowym. To są dwie różne kwestie.

EDIT: Dziewczyny, żeby było jasne, ja nie wrzucam nas wszystkich do jednego worka. Dalej jestem zdania, że powinnyśmy sobie pomagać i doradzać, ale nie wciskając kit. Nie chcę nikomu robić koło tyłka i wytykać palcami, bo też nie ma kogo. To co napisałam tyczy się moich wielomiesięczych obserwacji różnych grup, blogów i dyskusji w sieci. Nie będę robić czarnego PR-u ani robić gównoburzy, bo nie ma o co. Po prostu chciałam wyrzucić z siebie kilka przemyśleń, a Wy nie musicie się ze mną zgadzać. Każda z nas jest inna i może mieć inne podejście do tematu ;)
Ale wiecie co? Koniec z narzekaniem. Nie chcę żeby niedzielnik był czymś negatywnym i jak jedna z Was słusznie zauważyła, ostatnio powiewa w nich ciągłym marudzeniem - koniec z tym!
➥ Dlaczego barter jest (i nie jest) spoko

Mała dawka inspiracji

Jak wygląda lekcja makijażu w salonie MAC? - dziewczyny z bloga Bless The Mess, robią naprawdę genialną robotę! Milena dzieli się doświadczeniem z lekcji i podpowiada czy warto ją podjąć czy lepiej sobie odpuścić. Jeżeli planowałyście wizytę w salonie, radzę przeczytać!
Zmiany w przepisach o ochronie danych 2018 - już w styczniu zaczną obowiązywać nowe przepisy o ochronie danych osobowych, jeżeli prowadzicie bloga lub sklep online i macie na nim newsletter, to koniecznie powinnyście przeczytać ten artykuł i poznać bloga Bliżej prawa, bo warto.

Czy jest takie miejsce, do którego Wy od dawna chciałybyście wyjechać?

Czytaj dalej ›

Najpiękniejsze pomadki na jesień | Golden Rose, MAC, TheBalm

pomadki-na-jesien

Nie mamy co prawda jeszcze oficjalnie jesieni, ale chyba nic nie stoi na przeszkodzie, żebym pokazała Wam najpiękniejsze pomadki na jesień, co? To dla mnie zawsze najbardziej inspirująca pora roku. Piękne krajobrazy, kolorowe liście, przyjemny wiatr i te klimatyczne wieczory - to jest to! Jesień uwielbiam za intensywne pomadki, mocno podkreślone oczy, ciepłe kolory swetry, koce i popołudnia spędzone z książką w ręku. Wszystkie odcienie jesieni zawsze wywołują u mnie masę pomysłów i mam nadzieję, że w tym roku też tak będzie. Dzisiaj przygotowałam dla Was zestawienie 9 najpiękniejszych pomadek na jesień! Jeżeli szukacie tej jednej, jedynej - zapraszam na post!

pomadki-na-jesien

Najpiękniejsze pomadki na jesień

Nie wiem czy Wy też tak macie, ale to właśnie najczęściej jesienią sięgam po ciemne, intensywne pomadki. Wiosną i latem wybieram te lekkie, bardziej jaskrawe kolory, które fajnie się komponują z piękną pogodą i lekkim strojem. Jesień, która jest zdecydowanie bardziej przytulną porą roku niż dwie poprzednie, kusi mocnymi ustami i cięższym makijażem oka. Oczywiście jeżeli wciąż wybieracie lekką wersję siebie, nic nie stoi na przeszkodzie aby tak pozostało. Ja jednak zawsze zachęcam do tego, aby zabawić się makijażem, poeksperymentować, no bo przecież kiedy jak nie teraz? Nie musicie od razu sięgać po ciemne brązy i śliwkowe szminki, których się obawiacie. W dzisiejszym zestawieniu wybrałam też kilka pomadek bardziej wpadających w nude, aby mniej odważne z Was również znalazły coś dla siebie. To co? Poznajcie z bliska najpiękniejsze pomadki na jesień, które skradły moje serce.

Wybierając kolor kieruj się tym, w czym czujesz się najlepiej.

pomadki-na-jesien

NYX, Soft Matte Lip Cream, Copenhagen - jedna z lżejszych matowych pomadek jakie miałam okazję stosować. Nie jest to pomadka zastygająca, więc nic dziwnego, że tak mocno nie wysusza. Nie jest najtrwalsza na świecie i ze względu na dość musową formułę lubi robić plamy podczas aplikacji. Żeby osiągnąć idealny efekt trzeba poświęcić na nią trochę czasu. Ma przepiękny kolor ciepłej wiśni zmieszanej z odrobiną bordo, który rekompensuje drobne niedoskonałości podczas aplikacji. Określiłabym ten kolor jako intensywną wiśnię z domieszką śliwki, jest fantastyczny, ale niestety trudny do opisania. Odcień Copenhagen na ustach wypada jaśniej niż w opakowaniu.

Golden Rose, Liquid Matte Lipstick, 05 - czy ja muszę komuś przedstawiać ten kolor? Matowa pomadka Golden Rose o numerku 05 zyskała spore grono zwolenniczek dzięki Ewie Red Lipstick Monster. Ja w tym kolorze zakochałam się już dawno. To ciemna, trochę przydymiona jagoda, idealna propozycja jako pomadka na jesień. Kolor jest nie do podrobienia, a na moich ustach wypada dość ciemno. Przepiękna i oczywiście, jak większość pomadek z tej serii, bardzo trwała, ale o tym chyba nie muszę wspominać.

TheBalm, Meet Matt(e) Hughes, Charming - ciemny, chłodny brudny róż, który w rzeczywistości jest dość ciemny. Ta pomadka, to w ogóle jeden z moich ulubieńców i sięgam po niego nie tylko jesienią, ale i przez cały rok. Doskonale się zjada robiąc subtelne ombre, nie wysusza ust zbyt mocno i bardzo dobrze się trzyma. Uwielbia ten odcień i formułę wszystkich pomadek theBalm, ale ten kolor to po prostu mistrzostwo i polecam go również na co dzień!

TheBalm, Meet Matt(e) Hughes, Dedicated - druga pomadka z tej samej serii w dzisiejszym zestawieniu. Ten kolor, to przepiękna, bardzo intensywna malina. Elegancka, bardzo kobieca i mocno rzucająca się w oczy. Niestety zjada się mniej estetycznie niż Charming, ale to typowe dla kolorów tego typu. Nie zmienia to jednak faktu, że pięknie się prezentuje i na pewno jesienią będę po nią sięgać zdecydowanie częściej.

Urban Decay, Comfort Matte, Afterdark - jeżeli lubicie głębokie intensywne fuksje, ten kolor powinien się Wam spodobać. To nieco cieplejsza i bardziej intensywna wersja Golden Rose 05 i bardzo zbliżony kolor do Rebel. Czego na zdjęciu nie widać, pomadka ma zatopione mikroskopijne, niebieskie drobinki odbijające światło, których nie widać po nałożeniu na usta. Dzięki temu pomadka nie jest całkowicie matowa i wybiela zęby.

pomadki-na-jesien

Golden Rose, Matte Crayon Lipstick, 20 - jak tylko pomyślałam o tym zestawieniu, wiedziałam, że ta kredka się tu znajdzie. Matte Crayon Lipstick marki Golden Rose w kolorze 20 to przepiękna zgaszona czerwień z delikatnym malinowym podbiciem. Nie dość, że nosi się komfortowo, wygląda obłędnie, wybiela zęby, to trzyma się bardzo przyzwoicie. Jeżeli lubicie czerwone usta, to pomadka obowiązkowo powinna się znaleźć w Waszych zbiorach.

MAC, Whirl - u mnie nowość, ale już nie mogę się od niej oderwać. Jeden z trzech nudziaków, które powinny sprawdzić się do noszenia na co dzień. Nie do końca wiem jak go opisać, to neutralny brąz, który wpada delikatnie w beżowe tony. Bardzo jesienny kolor, który nadaje się do codziennego noszenia. Nie jest ani za ciepły, ani zbyt chłodny. Bardzo dobrze komponuje się z mocniejszym makijażem oczu i pasuje do jesiennych stylizacji.

MAC, Rabel - to jedna z moich ulubienic wśród pomadek na jesień. To idealna mieszanka wiśni, fioletu i bordo. Nieco chłodniejszy odpowiednik Afterdark. Niestety podobnie jak Copenhagen lubi czasem robić prześwity, kiedy już dojdziemy z nią do porozumienia wygląda prześlicznie. Jest intensywna, więc jeżeli nie lubicie takich kolorów, Rebel nie jest dla Was. Nie jest to pomadka o wykończeniu matowym (to satin), więc nie ma rewelacyjnej trwałości, ale bardzo dobrą pigmentację. Nie wysusza ust i estetycznie się ściera mimo swojego intensywnego koloru.

Anastasia Beverly Hills, Veronica - może nie każda z Was zdecydowałaby się aby sięgnąć po nią na co dzień, to jednak w tej roli też świetnie się sprawdza. Kolor ma dość niespotykany, bo to przybrudzony, dość ciemny, chłodny brąz z delikatnym podbiciem brudnego różu. Na ustach jest ciemna i intensywna, więc jeżeli się na nią zdecydujecie nie polecam szaleć z makijażem oczu. 

pomadki-na-jesien

Wybór pomadki na jesień zależy oczywiście głównie od Waszych preferencji. Dla mnie te dziewięć kolorów to must have, po które na pewno często będę sięgać. Uwielbiam intensywne usta i chociaż wkurza mnie ich ciągłe poprawianie, to efekt jest tego wart! Jesienią lubię mocniejsze makijaże, ale coś czuję, że nie jestem w tym osamotniona, prawda?

Jaki jest Wasz must have na jesień?

Czytaj dalej ›

Makijaż back to school (work) | kosmetyki drogeryjne

makijaz-back-to-school

Makijaż back to school, to coś czego brakowało mi w latach szkolnych. Nie było takich poradników, wskazówek jak się malować do szkoły albo raczej... czego NIE robić. Dla przykładu czarna kredka jako jedyny element makijażu oczy, to nie jest najlepszy pomysł. Nigdy... Długo się zastanawiałam czy jest sens przygotować dla Was taki poradnik, ale ponieważ na Facebooku AGwer sporo z Was wyraziło zainteresowanie, oto jest. Zrobiłam makijaż krok po kroku, który będziecie mogły wykonać w 15-20 minut przed wyjściem do szkoły, pracy czy zajęcia na uczelni. Wybrałam też produkty, które są łatwo dostępne, niedrogie lub które bez problemu będziecie mogły zastąpić tym, co macie akurat w domu. To co? Do dzieła!

Makijaż back to school

Nie będę ukrywać, że sama malując się do szkoły popełniałam masę błędów. Pewnie jak nie jedna z Was sięgałam tylko po czarną kredkę (nieroztartą, no bo po co) i tusz do rzęs. Miałam trzy cienie na krzyż i ani myślałam, że kiedyś będę miała taką kolekcję jak teraz. Na większe wyjścia ze znajomymi nakładałam za ciemny podkład i... czułam się pięknie pomalowana! Bez pudru, korektora czy chociażby odrobiny różu... Nie pytajcie jak to wyglądało, ale nikt nie narzekał, że straszę. Nie popełniajcie moich błędów i malujcie się świadomie!

Chcę jeszcze tylko zwrócić Waszą uwagę na jedną rzecz. Makijaż powinien być dobrany odpowiednio do okazji. W szkole, na studiach czy w pracy po prostu nie wypada iść w ➥ czarnym smokey i czerwonych ustach.  Makijaż w stylu back to school nie powinien być zbyt mocny, za ciemny i przyciągający uwagę. Jego zadaniem jest podkreślenie Waszej urody, rozświetlenie skóry i delikatne zaznaczenie oczy. Żadnych sztucznych rzęs, żadnego brokatu czy fuksjowej pomadki. Makijaż do szkoły czy pracy być stonowany i elegancki. Moja propozycja jest szybka, łatwa w wykonaniu i subtelnie podkreśla spojrzenie.

makijaz-back-to-school

makijaz-back-to-school

  1. Całą powiekę pokrywam korektorem i na całość aplikuję puder żeby łatwiej się blendowało nałożone później cienie.
  2. Czarną (lub ciemnobrązową) kredkę rozcieram w zewnętrznej części górnej powieki tworząc rozdymioną jaskółkę w kierunku brwi. Imitacja kreski podkreśli oko, ale nie będzie za ciężka.
  3. Zaznaczam załamanie powieki za pomocą średniego brązu. Blenduję delikatnie okrężnymi ruchami żeby uzyskać lekką chmurkę koloru, ale nie nakładam go zbyt dużo, aby oko nie było za ciemne.
  4. Na całą górną powiekę nakładam cielisty matowy cień aby odświeżyć i powiększyć optycznie oko.
  5. Na środek powieki wklepuję róż, który później będę aplikować na policzek. Ten krok pokdreśli zielone, niebieskie i brązowe tęczówki, ale możecie go pominąć.
  6. Zaznaczam całą dolną powiekę tym samym średnim brązem, którego użyłam do zaznaczenia załamania powieki. 
  7. Na wewnętrzny kącik oraz wewnętrzną część górnej powieki zaznaczam rozświetlaczem. Ten zabieg rozświetli i "obudzi" spojrzenie, a oczy nie będą wyglądały na zmęczone.
  8. Tuszuję rzęsy, na dolną linię wodną nakładam cielistą lub brązową kredkę i mogę wychodzić!

makijaz-back-to-school

Myślałam czy nie przygotować czegoś w kolorze, co mogłoby się sprawdzić jako makijaż back to school. Doszłam jednak do wniosku, że będzie to mało praktyczne. Chciałam żebyście mogły bez problemu odwzorować ten makijaż w domu niezależnie od tego jaki macie kolor oczy czy jaką macie karnację. Brązy, beże i większość rozświetlaczy bez problemu sprawdza się na co dzień, a jeżeli nie macie zbyt dużo czasu możecie cały ten makijaż wykonać po prostu za pomocą bronzera. Sprytne nie? Koniecznie podzielcie się w komentarzach swoimi trikami na makijaż do szkoły!

Jakie Wy popełniałyście błędy w makijażu do szkoły czy pracy?

Czytaj dalej ›

Makijaże krok po kroku