aGwerblog to blog kosmetyczny z elementami lifestylu, porad i makijażu.

Huda Beauty, Mauve Obsessions | Hit czy kit?

 huda-beauty-mauve-obsesssions

Paleta Huda Beauty, Mauve Obsessions, to jedna z czterech nowych palet, które niedawno pojawiły się w perfumerii Sephora. Ciężko było mi przejść obojętnie obok wersji Mauve i zamówiłam ją zanim jeszcze pojawiła się w Polsce. Choć paleta Rose Gold Editon nie zrobiła na mnie zbyt dobrego wrażenia, postanowiłam dać szansę temu maluszkowi. Paletę Mauve Obsessions używam już od kilku tygodni, a Wy na pewno chcecie wiedzieć czy warto w ogóle zainteresować się paletami Obsessions. 

huda-beauty-mauve-obsesssions

Huda Beauty,  Obsessions

Marka wprowadziła cztery wersje kolorystyczne palet Obsessions: Mauve, Electric, Smoky i Warm Brown. W zależności od tego na jaką wersję się zdecydujecie, otrzymacie małą, ale solidną paletkę, której kompaktowy rozmiar zmieści się w każdej kosmetyczce. Co więcej, wszystkie zawierają dobrej jakości lusterko, co tym moim zdaniem świetnie sprawdzi się w podróży. Każda z nich zawiera 9 unikatowych kolorów skomponowanych w taki sposób, aby można było za ich pomocą wykonać pełny makijaż, mają zarówno cienie matowe, jak i połyskujące. Palety ważą ok. 10 g i za jedną sztukę musimy zapłacić 129zł w Sephorze

huda-beauty-mauve-obsesssions

Mauve Obsessions - kolory, pigmentacja, jakość

Wersja Mauve Obsessions od razu przypadła mi do gustu. Przybrudzone bordo, brudny róż i różne warianty czerwieni zmieszanej z różem, to idealna propozycja dla mnie i dla moich zielonych oczu. Jeżeli macie niebieskie lub podobnie jak ja, zielone tęczówki - podpowiem, że ta paleta pięknie je podbije. Kompozycja kolorów dobrana w tej wersji jest naprawdę bardzo dobra. Brakuje mi tutaj jedynie czerni lub jakiegoś bardzo, bardzo ciemnego koloru, bo do osiągnięcia wieczorowego efektu przyda nam się czarny cień lub kredka. Jeżeli jednak nawet na wieczór nie szalejecie z mocnym makijażem, to te kolory Wam w zupełności wystarczą.

W kwestii pigmentacji jest zdecydowanie lepiej niż w przypadku edycji Rose Gold. Choć maty również są nieco suche, to ich pigment jest znacznie mocniejszy, a kolor nie znika podczas blendowania, a intensywność kolorów można swobodnie budować. Widać to zresztą ➥ na filmie, w którym pokazywałam Wam paletę w akcji (jeżeli jeszcze mnie nie subskrybujecie, to pora to zmienić!). Jakość cieni połyskujących też jest lepsza. Oczywiście najlepszy efekt dają nałożone za pomocą palca, ale używając zwilżonego pędzla też jesteśmy w stanie uzyskać połysk na wysokim poziomie. Podoba mi się to, że w przeciwieństwie do palety Rose Gold Edition, cienie nie są już tak problematyczne, a ich pigmentacja jest na bardzo podobnym poziomie (dla przypomnienia: w tej poprzedniej poziom napigmentowania różnił się w zależności od koloru). Cienie mają podobną formułę i nie stwarzają problemów podczas wykonywania makijażu, nie pylą zbyt mocno podczas nabierania na pędzel, a poziom osypywania się jest naprawdę minimalny, choć te połyskujące czasem zdarzyło mi się znaleźć pod okiem. 

huda-beauty-mauve-obsesssions

huda-beauty-mauve-obsesssions

Czy to faktycznie mała obsesja?

Muszę przyznać z czystym sumieniem, że jestem pod wrażeniem. Ta paleta naprawdę bardzo mi się podoba nie tylko ze względu na kompozycję i dobór cieni, ale ich jakość. Blendują się bez problemowo, nawet na niezastygniętej bazie lub nie przypudrowanym korektorze komfortowo się nimi pracuje. Doskonale się trzymają na powiece przez cały dzień, nie tracą na intensywności, łączą się ze sobą nie tworząc bliżej nieokreślonej plamy. Nie będę ukrywać, że po wrażeniach z poprzedniej palety trochę się obawiałam, ale po raz kolejny okazuje się, że czasem warto dać marce drugą szansę. 

Poniżej podrzuciłam Wam dwa makijaże, które wykonałam paletą Mauve Obsessions. W przypadku tego drugiego wspomogłam się czarną kredką i cieniem ➥ Stila Magnificent Metals. Jak same widzicie można nimi wyczarować coś ciekawego!

huda-beauty-mauve-obsesssions

huda-beauty-mauve-obsesssions

Skusicie się na jakąś paletę Huda Beuaty Obsessions?

Czytaj dalej ›

Nowość! Semilac Platinum | kolekcja idealna na Święta i Sylwestra

semilac-platinum

Semilac Platinum to nowa kolekcja biżuteryjna, która właśnie dziś ma swoją premierę. Nowa linia lakierów zawiera 9 unikatowych kolorów z mnóstwem niesamowicie połyskujących drobinek. Znajdzie się tu coś dla miłośniczek klasycznego złota czy srebra, ale i coś bardziej ekstrawaganckiego. Myślę, że linia Platinum to doskonała propozycja na zbliżającego się Sylwestra, Święta i oczywiście karnawał. Dziś pokażę Wam wszystkie nowe kolory i lojalnie ostrzegam wszystkie lakieromaniaczki, bo kilka z tych kolorów na pewno wyląduje na Waszej liście.

semilac-platinum

Semilac Platinum

Nowa linia lakierów hybrydowych Semilac, to ukłon w stronę kobiet, które kochają błysk. Chyba nie muszę nikomu udowadniać, że ja również znajduje się w tej grupie? Kolekcja zawiera 9 kolorów przez klasyczne złoto i srebro, fiolet i róż, po intensywny błękit oraz zieleń. Każdy z tych kolorów opiera się na bezbarwnej bazie, w której zatopiona jest masa mocno połyskujących drobin w różnym rozmiarze. W zależności od koloru, mamy do czynienia z mniejszymi lub większymi drobinkami więc wybór jest spory szczególnie, że wśród lakierów marki Semilac jest łącznie aż 37 połyskujących kolorów. 

Kolekcja lakierów Semilac, Platinum to doskonały dodatek do każdego manicure. Ja nie mogłam się powstrzymać i jeden kolor już wylądował na jednym z moich paznokci. Najlepszy efekt osiągniemy nakładając stosunkowo cienkie warstwy. Do uzyskania pełnego krycia wystarczą dwie, ale pamiętajcie, że każdy lakier przez dużą ilość brokatu, jest dość gęsty. Kolory nakładają się bezproblemowo, a po aplikacji topu powierzchnia jest jednolita i gładka. To kolejna przewaga lakierów hybrydowych nad klasycznymi, nie musimy się martwić o nierówną strukturę paznokcia, która będzie haczyć materiały. Kolory wyglądają obłędnie, są intensywne i naprawdę kusząco błyszczą!

semilac-platinum

semilac-platinum

254, Platinum Turquoise - intensywny błękit delikatnie wpadający w błękit
255, Platinum Silver Blue - blady niebieski zmieszany ze srebrem
256, Platinum Violet - intensywny fiolet wpadający w róż, ma duże drobiny
257, Platinum Rose Brown - przybrudzony, różany brąz
258, Platinum Intense Pink - bardzo intensywny róż, ma duże drobiny
259, Platinum Silver - intensywne, czyste srebro
260, Platinum Light Gold - chłodniejszy odcień złota, ma duże drobiny
261, Platinum Yellow Gold - klasyczne żółte złoto, ma duże drobiny
262, Platinum Green - piękna, soczysta zieleń

semilac-platinum

Bardzo się cieszę, że Semilac wypuścił kolekcję Platinum w świątecznym okresie. Myśląc o manicure na grudzień, miałam ochotę na coś połyskującego i na pewno sięgnę po jakiś kolor z tej kolekcji. Oczywiście jak to zwykle przy okazji podejmowania decyzji, na pewno będę miała trudność w wybraniu koloru. 
Wszystkie lakiery z tej kolekcji dostaniecie na stronie www.semilac.pl

Który kolor z kolekcji Semilac Platinum podoba Wam się najbardziej?

Czytaj dalej ›

Ulubieńcy kosmetyczni listopada | Origins, Huda Beauty, Maybelline

ulubiency-kosmetyczni

Ulubieńcy kosmetyczni to taki post, który zawsze piszę z przyjemnością. Niestety mój listopad nie należał do zbyt przyjemnych miesięcy, w związku z tym ulubieńcy, to dobry sposób na poprawę kiepskiego ostatnio humoru. Wybrałam aż siedem perełek wśród kosmetyków, które ostatnio używałam i jak zwykle znajdzie się też produkt, który znam i uwielbiam od dawna. Tak to już bywa wśród moich ulubieńców. Mamy grudzień, a ja już zdążyłam powyciągać z piwnicy kartony z ozdobami i niedługo zabieram się za przystrojenie mieszkania. Pewnie większość z Was pomyśli, że to zdecydowanie za wcześnie, ale ten argument kompletnie do mnie nie trafia. W tym roku wyjątkowo cieszę się na święta i chcę ten klimat poczuć jak najszybciej. Pozostając jeszcze jedną nogą w listopadzie, zapraszam na ulubieńców!
➥ 13 kosmetyków, do których zawsze wracam
➥ Uniwersalne kosmetyki, które sprawdzą się na prezent

ulubiency-kosmetyczni

Ulubieńcy kosmetyczni listopada

Dziś wyjątkowo zacznę od pielęgnacji, bo w postach tego typu jest to u mnie raczej rzadkością. Ostatnio jednak dużo bardziej skupiam się na kosmetykach pielęgnacyjnych. Głownie dlatego, że chyba dopadła mnie starość i staram się ją jakoś powstrzymać. Zauważyłam, że okolica nosa zaczęła mi się wysuszać, pojawiają się niewiadomego pochodzenia podskórne niespodzianki, z którymi niewiele jestem w stanie zrobić i ogólnie mam wrażenie, że stan mojej skóry (pewnie przez niską temperaturę i ogrzewanie) nieco się pogorszył. Mam zmarszczki, jestem stara i obrażam się. Chyba jasno dałam wszystkim do zrozumienia, że wcale nie mam ochoty się starzeć? Proszę zacząć się stosować.
Dziękuję.

Origins, Ultra-Hydrating Energy-Boosting Cream

To mój drugi kosmetyk znanej i lubianej marki Origins, z którą ja dopiero się poznaję. Głównym zadaniem kremu jest nawilżenie skóry, co w moim przypadku niestety okazało się konieczne. Ultra-Hydrating Energy-Boosting Cream jest bogaty w olejek z nasion kawy, co dodaje mu właściwości energetyzujących. Zawartość żeń-szenia pobudza skórę, dodaje energii, poprawia jej strukturę i wzmacnia. To taki energetyczny kopniak z samego rana, który rozbudza i daje przyjemne uczucie ulgi i orzeźwienia o poranku.

Pozostawia skórę przyjemnie miękką, nawilżoną, gładką i gotową na cały dzień. Krem sprawdza się pod makijaż, szybko się wchłania i nie roluje pod podkładem. Stosuję go prawie codziennie rano od połowy października i bardzo się polubiliśmy. Niewielka ilość wystarcza na całą twarz, więc czuję, że będzie wydajny. Bardzo lubię jego świeży, lekko pomarańczowy zapach i to jak przyjemną w dotyku pozostawia moją skórę. Radzi sobie z tym lekkim przesuszeniem, nie pozostawia uczucia ściągania, ani podrażnienia. Póki co bardzo się lubimy, a krem jest dostępny w perfumerii Sephora za 99zł.

MIYA, myWONDERBALM, Call Me Later

Wydaje mi się, że tego produktu nie muszę Wam przedstawiać z bliska. Mam wrażenie, że o kosmetykach MIYA mówię zdecydowanie za często, ale ja naprawę uwielbiam ten kremy! Wersja z masłem shea idealnie sprawdza się u mnie na noc. Cudownie nawilża, wzmacnia i delikatnie napina skórę. Nakładam go grubszą warstwą na całą twarz każdego wieczoru i z samego rana mogę się cieszyć mięciutką skórą. Stosunkowo szybko się wchłania, choć nie tak błyskawicznie jak wspomniany wcześniej krem Origins. W dodatku uwielbiam jego zapach! Więcej o kremach myWONDERBALM poczytacie w recenzji ➥ Genialne kremy na każdą kieszeń

ulubiency-kosmetyczni

thisworks, sleep balm

Markę thisworks poznałam dzięki Alicji i początkowo podchodziłam o niej z ogromnym dystansem. W ➥ ulubieńcach października zachwycałam się Deep Sleep Pillow Spray i musiałam przyznać Ali racje. Ta marka ma świetne produkty. Niestety spray już mi się skończył (a właściwie druga buteleczka Sleep +plus Pillow Spray też) i zanim znajdę pełnowymiarowe opakowanie tego sprayu, testuję balsam. Podobnie jak poprzednie produkty thisworks i ten sprawdził się u mnie doskonale. Bałam się, że nie będzie tak skuteczny jak Deep Sleep Pillow Spray, ale byłam w błędzie. Stosowałam go tylko w te dni, które były dla mnie naprawdę stresujące i wiedziałam, że nie łatwo będzie mi zasnąć. Należy go nakładać na miejscach, w których jest wyczuwalny puls, czyli tam gdzie aplikujemy np. perfumy. Przy nadgarstkach czy za uszami. W ten sposób woń balsamu delikatnie nas otacza i uspokaja ułatwiając jednocześnie zasypianie. Sleep balm nie jest już tak wygodny w użytkowaniu jak spray, ale działa i to się liczy.

Long4Lashes, profesjonalny żel do usuwania skórek

Wspominałam o nim kilka razy na Insta Stories i prosiłyście o więcej informacji. Żel kupiłam dość spontanicznie, ale nie żałuję. Producent zapewnia, że nie posiada parabenów i formaldehydu, a gliceryna wraz z pH Adjuster zmiękcza i uelastycznia skórki. Dzięki czemu łatwiej jest je usunąć. Za pomocą pędzelka aplikuję go na skórki i po 3-5 minutach za pomocą patyczków odsuwam je i wycinam cążkami, następnie przechodzę do manicure. Faktycznie skórki są bardziej miękkie, łatwiej je przesunąć i ewentualnie wyciąć. Użyłam go póki co parę razy i jestem zadowolona, bo ułatwia i przyspiesza malowanie paznokci. Zamierzam stosować teraz regularnie olejek jojoba właśnie na skórki i jestem ciekawa, jak wtedy sprawdzi się ten żel i czy w ogóle będę go potrzebować. 

ulubiency-kosmetyczni

ulubiency-kosmetyczni

Huda Beauty, Mauve Obsessions Palette

Jedna z piękniejszych palet jakie ostatnio nabyłam i muszę przyznać, że naprawdę bardzo ją lubię. Paleta ma świetnie skomponowane kolory, którymi bardzo dobrze się pracuje. Troszkę się osypują podczas malowania, ale nie jest to nic mocno uciążliwego i łatwo można sobie z tym poradzić. Cienie są dobrze napigmentowane, świetnie się blendują i nie tworzą jednolitej plamy podczas dokładania kolorów. Niedawno wszystkie palety Obsessions pojawiły się w Sephorze, więc i Wy macie okazje je przetestować. Ta wersja podoba mi się zdecydowanie bardziej niż Rose Gold Edition i poleca się nią zainteresować! Na kanale pojawił się makijaż z paletką ➥ Mauve Obsessions (subskrybujecie?).

Maybelline, Instant Ant-age, The Eraser

Korektor, który świetnie się u mnie sprawdzał dwa lata temu, znów znalazł się wśród ulubieńców. Tak pokochałam ten korektor, że póki był niedostępny w Polsce zrobiłam sobie zapasy i znów do niego wróciłam. Aktualnie używam go codziennie i bardzo go lubię. Ma dobre krycie, nie podkreśla zmarszczek, ładnie neutralizuje cienie pod oczami i sprawdza się również dla kobiet dojrzałych. Jest trwały i przez wiele godzin ładnie wygląda pod oczami. Więcej pisałam o nim przy okazji ➥ recenzji

Pierre Rene, róż Day Lily nr 13

Ostatnio zakochałam się w jednym z dwóch róży Pierre Rene, które aktualnie testuję. Kolor Day Lily (ten jaśniejszy na zdjęciu) ma w sobie mnóstwo delikatnych drobinek, które tworzą piękną, subtelną taflę na policzku. Kolor jest delikatny, ale efekt można stopniować i bardzo dobrze sprawdza się do codziennego makijażu. Tak jak Wam obiecałam, na blogu za jakiś czas pojawi się wielkie podsumowanie moich testów kosmetyków z Pierre Rene i myślę, że wtedy opowiem Wam o moich wrażeniach i perełkach, które odkryłam.

ulubiency-kosmetyczni

Tak prezentują się moje ulubione kosmetyki z listopada. Chętnie sięgałam po tę siódemkę i jeżeli jeszcze ich nie znacie, to warto przyjrzeć im się z bliska. Jestem też ciekawa jakie kosmetyki Wam w poprzednim miesiącu przypadły do gustu. Zostawcie swoje typy w komentarzach.

Prezenty świąteczne gotowe czy jeszcze zakupy przed Wami?

Czytaj dalej ›

Niedzielnik #26 | porno w restauracji, najgorszy dzień w roku, Blogmas i kozacki serial

niedzielnik

Niedzielnik miał pojawiać się rano. Takie było moje założenie, że dopieszczam go w sobotę, planuję publikacje i kiedy ja słodko przewracam się na drugi bok, Wy sięgacie po kawę i czytacie niedzielnik. Niestety, czasem w życiu bywa tak, że nasze plany szlag jasny trafia i jest tak, że NOPE. Tak właśnie było dzisiaj. Mój plan się nie powiódł i choć miałam 3/4 tekstu przygotowane, nie nadawał się do publikacji bo... zasnęłam. Wczoraj, w trakcie pisanie. Z telefonem na twarzy obudziłam się jakieś dwie godziny później. Cóż, czego się nie robi dla udanego niedzielnika! Także zapraszam Was na poobiednią lekturę, bo trochę mam Wam do powiedzenia.
➥ O byciu sobą i czytaniu książek
➥ Najlepszy prezent dla blogera

Wikingowie - kozacki serial

Ja wiem, że jestem (prawie) ostatnim człowiekiem na świecie, który jeszcze nie zaczął oglądać tego serialu, ale nikt więcej nie powinien popełnić tego błędu. Pierwszy sezon wciągnęłam w ciągu dwóch dni, dwa kolejne zajęły mi niecały tydzień i właśnie jestem w połowie czwartego sezonu. Ten serial to miazga totalna. Pokochałam Ragnara (głównego bohatera), gra aktorska Travisa Fimmela jest przegenialna! Uwielbiam jego mimikę twarzy, emocje jakie po nim widać i po prostu cała jego postać jest niesamowita. Relacje bohaterów są intensywne, zwroty akcji niespodziewane i zarys historyczny bardzo interesujący. Nie jest tak brutalny jak przewidywałam (choć nie ma tu mowy o potulnych kotach, grzecznych mężczyznach, czy cnotliwych pannach). Ten serial wziął mnie z zaskoczenia, porwał mnie tak niespodziewanie, że zachłysnęłam się jego genialnością. Bardzo podoba mi się obsada, relacje bohaterów, nawet tematy wiary są tutaj niezwykle ciekawe. Jeżeli szukacie akurat serialu, na zimowe wieczory - Wikingowie, to doskonały wybór. 

Czasami kłamię, Alice Feeney

W każdym niedzielniku staram się Wam pokazać jakąś fajną książkę. Czytam sporo, więc zazwyczaj mam co polecić i tym razem nie jest inaczej. "Czasami kłamię", Alice Feeney, to książka dość nieoczywista. Amber opowiada swoją historię będąc w śpiączce. Trwa to już jakiś czas, a ona nie do końca wie jakim cudem znalazła się w tym położeniu. Jej małżeństwo jest bliskie rozpadu, kontakty z rodziną tez nie należą do najlepszych, a ona nic nie może zrobić. Leży przykuta do łóżka, pozbawiona możliwości interwencji, reakcji czy czegokolwiek. Muszę powiedzieć, że książka wciąga dość szybko, bo już od pierwszych kartek jest sporo niewiadomych. To nie jest zbyt ciężka lektura, nic mrożącego krew w żyłach, ale uważam, że warto po nią sięgnąć. Ciekawy zwrot akcji i zakończenie, którego się nie spodziewałam.


niedzielnik

#trochępomarudzę


Opowiadałam Wam o tym przy okazji jednego z poprzednich niedzielników. Narzekałam na jesienną chandrę i brak energii. Okazuje się, że przez to brakuje mi też chęci do czegoś, co przecież kocham. Do fotografii. Zrobiłam się albo bardzo wybredna, albo znów moja ambicja przewyższa moje warunki lub umiejętności. Mój brak weny trwa już ponad miesiąc i choć staram się to przegonić, średnio mi wychodzi. Nie zrozumcie mnie źle, ja mam wciąż masę pomysłów, ale... żaden mi się nie podoba. Zarówno na zdjęcia jak i ostatnio na posty. Mam straszny problem ze zdjęciami i wiem, że Wy tego nie widzicie, bo mam sporo materiałów na zapas, ale jednak ja mam totalnie pustą głowę jeżeli chodzi o zdjęcia i bardzo mnie to męczy. Chcę zrobić coś fajnego, pokombinować, pobawić się i co? Nic mi się nie podoba! Nie mam pomysłów na fajne kompozycje, męczy mnie mój brak przestrzeni i to, że niektórych pomysłów po prostu nie mogę zrealizować. Denerwuje mnie też to, że nie mam takich warunków  jakie bym chciała, irytuje mnie brak miejsca i trudności jakie mam podczas robienia zdjęć. Gdybyście czasem zobaczyły moje pozycje - śmiechu warte, a to ile razy coś mi spadło, coś zalałam albo przewróciłam, to już nie zliczę. Denerwuje mnie to i powoli męczy taka mała przestrzeń. 

Zamiast jednak użalać się nad sobą, chwytam aparat w dłonie i działam. Raz z powodzeniem, a innym razem ponoszę totalną klęskę, bywa różnie. Mam jednak nadzieję, że ten kryzys powoli mija. Zdecydowanie nie lubię listopada. Na szczęście mamy już grudzień, a ja zabrałam się już za świąteczne zdjęcia i właściwie nie jest tak źle. To tak cudowny okres, że nie ma co się przejmować, tylko działać. Prawda?
➥ Jak przygotować zdjęcia przed publikacja?


niedzielnik

Najgorszy dzień w roku

To był jeden z tych dni, o których od samego początku chciałoby się zapomnieć. Nie, to nie był piątek i nawet nie był 13-ego. To byłby najzwyklejszy dzień na świecie, gdyby nie fakt, że był najgorszym dniem w 2017 roku. Zanim Wam opowiem co się stało, kilka słów wstępu. Ja wiem, że przesadzam. Wiem, że nic AŻ takiego się nie stało, że za bardzo przeżywam, ale taka jestem. Przeżywam, podchodzę do wielu rzeczy emocjonalnie i może to bardziej wada niż zaleta - ale taka już jestem. Przejmuję się, zależy mi, staram się i daje z siebie dużo. Mówiłam już, że przeżywam?
Drugą sprawą jest to, że mam bardzo, bardzo silną intuicję. Nie wiem z czego to wynika, ale mam naprawdę dobrego nosa do wielu spraw. Często podejmuję intuicyjne decyzje i zazwyczaj dobrze na tym wychodzę. Łatwo wyczuwam ludzi i różne sytuacje. Jestem takim trochę jasnowidzem własnego życia. Tylko nie na zbyt wielką skale. Okej, skoro to już mamy jasne, to pora na ten okropny dzień. 
Aha, i jeszcze coś. Przywiązuje się do przedmiotów (do ludzi też, ale oni częściej zawodzą). Jestem sentymentalna, mam ulubione kubki, talerze, szklanki, nad których zbiciem ubolewam. Taka już jestem. 

No więc, to był jeden z tych dni, o których od samego początku chciałoby się zapomnieć. Obudziłam się o 8:00 rano, a za oknem jakby była 17:00. Ciemno, buro, ponuro, szaro i nic tylko odwrócić się i walnąć z powrotem na łóżko. Od momentu kiedy otworzyłam oczy byłam nie w sosie, bez energii i jakaś taka smutna. Jak sobie tak pomyślałam o tym później, to była właśnie moja intuicja. Mówiła mi: "Agnieszka, przygotuj się. Dzisiaj będzie chu*owo!", olałam ją i dostałam za swoje. Humor nie dopisywał mi od rana, ale ja nie jestem typem człowieka, który w takich sytuacjach załamuje ręce. Nic z tych rzeczy.

Zrobiłam sobie śniadania, przygotowałam kawę i zabrałam się do pracy. Nie pamiętam czy robiłam zdjęcia, czy pisałam jakiś tekst na zlecenie, czy po prostu ogarniałam firmowe sprawy. Po godzinie zadzwoniła moja mama, czy nie mam ochoty na szybki maraton po sklepach. Mnie dwa razy pytać nie trzeba. Ogarnęłam się i po 20 minutach byłyśmy w trasie na miasto. Miodzio. Zakupy to zawsze spoko opcja na poprawę humoru, a ja umiem w zakupy, ooooj umiem. Choć ta moja intuicja cały czas mnie niepokoiła, ponownie ją olałam. Zaliczyłyśmy kilka ulubionych sklepów, w tym oczywiście TKMAxx (gdzie dorwałam kilka rarytasów) i wróciłyśmy do domu. W między czasie sprzeczka przez telefon, skok ciśnienia i irytacja. Czyli znowu się zaczyna. 

Wróciłam do domu, mimo wszystko w znacznie lepszym humorze. Podekscytowana jakąś mało istotną opowieścią, chwyciłam czytnik. Tak po prostu, spontanicznie nie mając w zamiarze, w środku rozmowy zacząć czytać (choć bywało  i tak). I co? Kindle wypadł mi z ręki.

Teraz czas na dygresję.
Kindle, to moje dziecko. Najukochańsze, najwspanialsze, chronione i przytulane. Jestem chora, ale jakby - wszyscy to już wiemy. Bardzo o niego dbam, kupuję pokrowce, czyszczę, zapewniam dostęp do nieograniczonego źródła energii i po prostu go kocham miłością obsesyjną.
Koniec dygresji.

W momencie kiedy moje elektroniczne dziecko zderzyło się z podłogą odczułam jednocześnie maksymalne wkur*wienie i ulgę. Przecież jest w pokrowcu. Nic mu się nie stanie.
No i się przeliczyłam.
Ekran zalany. Rozpacz i niedowierzanie. Ale, że jak to? Przecież to niemożliwe! Jakim cudem?! Mój pokrowiec z Aliexpress (nie prawda, bo z Allegro) nie uratował mojego czytnika? JAK ŻYĆ? 
➥ Czy warto kupić Kindle'a?

niedzielnik

Oczywiście jak same widzicie nie jest tak źle. Da się czytać, a wada nie przeszkadza w użytkowaniu, ale ja oczywiście już w panice i wielkiej rozpaczy. Long story short: napisałam do Amazonu czy mogą mi pomóc, ale przesympatyczny pan z obsługi klienta zapewnił mnie, że jedyna opcja to rabat 15% na nowy czytnik. Kompletnie mnie to nie urządzało, ale w końcu idą święta i... No.  Z okazji Black Friday kosztował 80£, okazało się, że moja zniżka łączy się z promocją i kupiłam oryginalny czytnik na brytyjskim Amazonie najtaniej w historii świata (340zł).

To była druga rzecz, która poszła tego dnia źle, okazało się, że to nie wszystkie atrakcje. Największe rozczarowanie dopiero czaiło się gdzieś za rogiem. Parę godzin później, kiedy pogodziłam się sama ze sobą, w ekspresowym tempie przeżyłam żałobę po Kindlu i doszłam do siebie - otrzymałam maila. Maila, który całkowicie zniszczył moje plany na 2018 rok. Nie chcąc (póki co) zagłębiać się w sytuację, ten mail zakończył pewną współpracę. Po prostu. Teraz sobie pomyślicie: "Boże, ale przeżywa!". I oczywiście macie racje, ale przecież ostrzegałam.

Chodzi mi po prostu o to, że jeżeli coś robisz, pracujesz nad tym od lat, wkładasz siebie, swój czas i serce, i w końcu zaczyna Ci to przynosić profity, podejmujesz świetną, owocną współpracę i dajesz z siebie wszystko, a ktoś z dnia na dzień Ci to odbiera, nie jest łatwo przejść z tym do porządku dziennego. Ja doskonale zdaję sobie sprawę, że wina nie jest po mojej stronie, bo ja w 120% wywiązałam się ze swojej części umowy, bo ja kocham to co robię i ZAWSZE daję z siebie maksimum. Jednak w takich sytuacjach człowiek zaczyna wątpić, czy aby na pewno to co robi ma sens. Nie ukrywam, że trochę  mnie to przybiło. 

Nie, to nie chodzi o to, że ja chcę wywlekać jakiekolwiek brud na łamach bloga i nie będę tego robić. Chcę tylko powiedzieć, że jeżeli podejmujecie długofalowe współprace z markami/agencjami czy nawet małymi firmami (niekoniecznie jako blogerzy, ale nawet jako osoby prywatne) - zabezpieczajcie się. Pilnujcie umów, które zapewniają Wam okres wypowiedzenia, karę - coś, dzięki czemu nie zostaniecie na lodzie z dnia na dzień. Ja tego nie zrobiłam i mam nauczkę. Poczułam się tak, jakby zwolnili mnie z pracy, jakbym została wyrzucona bez konkretnej przyczyny, a przecież byłam świetnym pracownikiem. Nauczka dla mnie, z której i Wy możecie wyciągnąć lekcję: pamiętajcie aby umowa, którą podpisujecie gwarantowała Wam chociaż minimalne zabezpieczenie.

Tego dnia jeszcze zbiłam ulubiony kubek. Pięknie prawda?

Morał z tego taki, że jedna listopadowa środa, okazała się moim piątkiem 13. Miałam ochotę zapakować się pod kołdrę i udawać, że mnie nie ma. Zły humor, łaskocząca podświadomość intuicja, spadające Kindle i rozbite kubki, to niezbyt udane połączenie. Nie polecam.

Następnym razem nie wstaję z łóżka.



niedzielnik

Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Każda klęska to nauczka, żeby robić coś lepiej i czerpać naukę z doświadczeń. Jestem mądrzejsza o tą historię, bogatsza, o te doświadczenia i już wiem jakich błędów unikać następnym razem. Chociaż miałam chwilę zwątpienia i przez jedną sekundę myślałam, że ja się do tego po prostu nie nadaje, to nie mam zamiaru myśleć w ten sposób nigdy więcej. Ta sytuacja przypomniała mi, że życie ma wobec nas czasem inne plany, niż my wobec niego.

Porno w restauracji 


Nigdy bym się nie spodziewała, że podczas pobytu w restauracji, obsługa zafunduje mi krótki film pornograficzny. Oczywiście nastąpiło, to całkowicie przypadkowo, ale nie wyobrażacie sobie zdziwienia gości, kiedy nad ich głowami pojawił się... film porno, a z głośników wydobywały się jednoznaczne dźwięki. My (bo byłam z Alą) niczego nieświadome, dalej prowadziłyśmy rozmowę, kiedy nasz wzrok padł na telewizor.
Chyba nasz wybuch śmiechu zwrócił uwagę obsługi, która w nerwowym pośpiechy próbowała wyłączyć ten niezwykle wysublimowany film. Uwierzcie mi, zarówno my jak i pozostali goście naszej ulubionej japońskiej restauracji byli całkowicie zbici z tropu. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ten śmieszny incydent poprzedzało bardzo dziwne wydarzenie. Pod naszym oknem stanął mężczyzna, bardzo dziwny mężczyzna. Wpatrywał się w nas przez kilka minut, polizał szybę i robił bardzo dziwne miny. Później ten film... To był naprawdę dziwny wieczór.

niedzielnik

Ruszamy z Blogmasami!

Tak, w tym roku znowu mi nie wyszło... Chciałam publikować codziennie przez cały grudzień. Już kolejny rok z rzędu się nie wyrobiłam. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo zbieramy małą grupę blogerek i od 18 do 24 grudnia codziennie na naszych blogach będą pojawiały się posty o tematyce świątecznej, zimowej i nie tylko. Oczywiście każda z nas na pewno przemyci coś praktycznego, co będziecie mogły zastosować u siebie. Tymczasem nie zdradzę Wam więcej szczegółów. Nie powiem kto, gdzie i jak. Stay Tuned!

niedzielnik

Nie przegap!

➥ Jak robić klimatyczne zdjęcia? - Ja i trzy cudowne blogerki połączyłyśmy sił i opowiadamy Wam o kulisach zdjęć na bloga. Opowiadamy głównie o dodatkach i naszych trikach na ładne, klimatyczne zdjęcia. Na końcu postu zadałam Wam ważne pytanie, koniecznie zostawcie komentarz!
➥ Jak uniknąć efektu maski? - jeżeli ciastkuje Wam podkład albo wygląda na buzi ciężko, zdradziłam ostatnio 7 trików na nieskazitelny podkład. Może, któryś z nich przyda Wam się w codziennym makijażu?

A jak Wam minął listopad?

PS. Podsumowanie wyzwania fotograficznego postaram się zrobić jak najszybciej! Nie miałam na to czasu ostatnio, ale obiecuję, że się pojawi - jakby co, upominajcie się ;)

Czytaj dalej ›

Jak robić klimatyczne zdjęcia? Czyli o dodatkach do zdjęć

jak-robic-ladne-zdjecia-na-bloga

Coraz więcej z Was interesuje się tematem fotografii. Ja sama ostatnio bardzo się zaangażowałam i im więcej pytań od Was dostaję, tym więcej chcę Wam przekazać. Tym razem jednak zaprosiłam do współpracy w tym temacie trzy niesamowite blogerki, które na swoich blogach prezentują niesamowity poziom jeżeli chodzi o fotografię. Agata, Alicja i Kasia tworzą zdjęcia z ogromnym zaangażowaniem i wiem, że podobnie jak ja uwielbiają wzbogacać je o piękne dodatki. W końcu ładne zdjęcia na bloga to podstawa! Dziś z naszych blogów dowiecie się jak robić klimatyczne zdjęcia, jakie są nasze ulubione dodatki i... wiele więcej!

jak-robic-ladne-zdjecia-na-bloga

Ładne zdjęcia na bloga, a dodatki

Mam wrażenie, że ostatnio temat zdjęć na bloga jest niezwykle popularny. Absolutnie mnie to nie dziwi, bo pierwsze na co zwracamy uwagę po wejściu na bloga, to jego strona wizualna. Czyli po prostu zdjęcia. Jeżeli są nieestetyczne, rozmyte, brzydkie i odpychające, to szybko uciekamy i szukamy miejsc, które wpisują się w nasze poczucie estetyki, a jak wiemy - każdy ma inne. 

Przede wszystkim musicie pamiętać o tym, że efekt końcowy zdjęcia zależy w dużej mierze od tego co Wam się podoba. W końcu każdy mam inny gust i użyje innych środków, aby osiągnąć zamierzony efekt. Warto jest znać swój sprzęt, bo dzięki temu łatwiej będzie zrobić takie zdjęcie na jakim Wam zależy bez nerwów i marnowania czasu w programie graficznym. Jak zawsze w przypadku postów o fotografii podkreślam, że to PRAKTYKA czyni mistrza i Wasze zdjęcia będą z czasem coraz lepsze, nawet jeżeli nie używacie lustrzanki z najwyższej półki. Dużą mierze w zdjęciach odgrywają właśnie dodatki, czyli bohaterowie dzisiejszego materiału. Je również z czasem będzie Wam łatwiej układać i komponować.

Osobiście uważam, że dodatki są najważniejszymi elementami kompozycji. To one odpowiadają za klimat zdjęcia, jego wydźwięk i efekt końcowy, dopełniają i dopieszczają całlość. Zauważyłam, że od kiedy na moich zdjęciach pojawiają się ładne elementy, podobają Wam się bardziej i wzbudzają coraz większe zainteresowanie np. na ➥ Instagramie. Myślę, że dobrze jest orientować się w aktualnych trendach i niekoniecznie je kopiować, ale interpretować na swój własny, indywidualny sposób. Możecie mieć dość zdjęć na marmurowych tłach, białych stołów, kawy i kocyków czy zdjęć z filtrem kurzu, ale to działa. Konta na Instagramie, które wpisują się w aktualne kanony, zdobywają odbiorców w mgnieniu oka. Jestem jednak zdania, że wszystko powinno się robić z głową, dopasować do własnych potrzeb, możliwości i gustu. 
➥ 15 inspirujących kont na Instagramie

Jakie dodatki sprawdzą się do zdjęć na bloga kosmetycznego? 

Wszelkiego rodzaju brystole i kolorowe kartki, które będą robić za tło spiszą się na medal. Ja ostatnio zamówiłam kilka fajnych kolorowych kartek A3 na stronie papercast.pl i jestem zadowolona z jakości, jak i kolorów. Wybór rozmiarów i wykończeń jest bardzo duży, a ceny są naprawdę przystępne. Podoba mi się też to, że przychodzą "na płasko", a nie w tubie. Znajdziecie tam tam papier, który imituje marmur i to w różnych odcieniach. Ja jestem zakochana we wszystkim co przypomina lub jest marmurem. Uwielbiam ten motyw, polecam go zawsze i wszędzie bo w większości przypadków wygląda dobrze. Biurko, stół, łóżko, krzesło czy toaletka, to zawsze sprawdzone miejsce na zdjęcia. Do kompozycji zdjęć przyda się sypki brokat, cekiny, pędzle, bibeloty, a nawet kosmetyki, które nie są głównym elementem danego zdjęcia, a jedynie dodatkiem. Fragment palety czy rozświetlacza może w ciekawy sposób dopełniać całość. Możecie wykorzystać świece, książki, wstążeczki, a nawet koc czy narzutę, którą przykrywacie łóżko. 

jak-robic-ladne-zdjecia-na-bloga

jak-robic-ladne-zdjecia-na-bloga

Gdzie szukać dodatków?

Przede wszystkim zacznijcie od swojego otoczenia. W domu jest mnóstwo rzeczy, które mogą Wam się przydać do zdjęć, a które używacie codziennie. Przez kubki, szklanki, koce, swetry, przyprawy, deski do krojenia, talerze, książki, zeszyty, długopisy, bieliznę, obuwie, zegarki czy biżuterię. Skomponowanie fajnego zdjęcia, to kwestia ułożenia dodatków i połączenia ich w jedną, spójną całość. 

Polecam odwiedzać sklepy lub hurtownie papiernicze.  Mogą wpaść Wam w ręce fajne kartki, ładne długopisy, taśmy z pięknymi wzorami, dodatki do Bullet Journala albo papierowe elementy, które będą pasować do wielu kompozycji. W Szczecinie jest sklep Party Deco z artykułami imprezowymi, gdzie jest mnóstwo tematycznych dodatków (ślub, Halloween, Święta, wieczory panieńskie, kawalerskie itd.). Jeżeli macie taki sklep w swoim mieście to warto tam zajrzeć. 

Ostatnio regularnie wpadam też do TKMaxx i Wam też polecam. Pojawiają się tam podkładki, deski i tace wykonane z marmuru. Chyba nie muszę Was przekonywać, że ten motyw wygląda dobrze? W ogóle w TKMAxx jest masa pięknych dodatków do domu, które mogą się też przydać do zdjęć. Ja nie raz kupiłam tam jakąś ozdobię, której nigdzie indziej bym nie znalazła. Właśnie dlatego lubię TKMaxx. Rzadko kiedy coś się powtarza i mamy coś jedynego w swoim rodzaju. Jeżeli wolicie raczej ciąć koszty, to szukajcie gadżetów w Pepco czy Kiku. Ja ostatnio odkryłam sklep Homla, który cenowo znajduje się między Pepcko, a Home&You. Nie zapomnijmy też o Aliexpress! Jedyne zakupy jakie tam robię, to właśnie z dodatkami do zdjęć. Można tam dorwać niezłe skarby! Np. piękne pędzle rose gold z marmurowym trzonkiem ;)


jak-robic-ladne-zdjecia-na-bloga

Jak zrobić klimatyczne zdjęcie?

W zależności od tego, co chcemy osiągnąć możemy tak dobrać dodatki, aby zdjęcie miało swój "klimat". Możemy zrobić surowe, ostre zdjęcie używając elementów, które mają mocny kontrast np. tylko czarne i białe produkty, postawić na minimalizm i strzelać. Możemy wybrać do tego kanciaste produkty, które kojarzą się z "ostrością". Jeżeli zależy nam na przytulnym, "ciepłym" zdjęciu, użyłabym dodatków, które kojarzą mi się z miękkością, spokojem i relaksem. Koc, sweter, herbata, gorące kakao, kawałki czekolady czy świetny kubek w towarzystwie książek może zbudować cudowne, klimatyczne zdjęcie, a każdy z tych produktów na pewno macie w domu. Aby podkreślić główny motyw zdjęcia np. krem do rąk w różowej tubie, można zrobić zdjęcie monochromatyczne - czyli użyć dodatków w różnych odcieniach różu. Jeżeli produkt ma srebrne elementy, do całości można dołożyć srebrną biżuterię lub inne dodatki w tym kolorze. Żeby zdjęcie było udane i przyjemnie się na nie patrzyło, bardzo istotna jest spójność zastosowanych elementów. 

Quick tip: Zanim zabiorę się za zdjęcia wyciągam te drobiazgi, które chcę wykorzystać w danej kompozycji. W ten sposób łatwiej mi opanować moje "studio", ułożyć je w jednym miejscu zachowując odpowiednią stylistykę całego zdjęcia. Dzięki temu ćwiczę swoją wyobraźnię, kombinuję i jestem w stanie osiągnąć zamierzony efekt.

Jak układać dodatki?

♦ Wybieramy odpowiednie tło - najlepiej neutralne, aby komponowało się z każdym produktem
♦ Dobieramy dodatki, które chcemy wykorzystać na zdjęciu
♦ Tworzymy warstwy - czyli np. na kawałek biurka nakładamy koc, obok gazetę, na to kawę, książkę i pomiędzy nimi kosmetyki. Staramy się każdą 'warstwę" dopasować do stworzonej przestrzeni, aby uzyskać zadowalający układ.
♦ Układamy kompozycję - możemy zastosować układ centralny, gdzie wszystko znajdzie się w środkowej części kadru, kompozycję otwartą gdzie niektóre elementy nie pojawiają się w kadrze w całości, można ułożyć je symetrycznie lub uzyskać "kontrolowany" chaos. Im więcej zrobicie zdjęć, tym łatwiej będzie Wam układać produkty.
♦ Ustawiamy parametry aparatu w zależności od warunków oświetleniowych.

Co z minimalizmem?

Jeżeli chcecie aby Wasz styl był minimalistyczny, nic prostszego. Możecie wybrać sobie konkretną ilość dodatków, z którą będziecie tworzyć kompozycje i tego się trzymać. To bardzo fajny sposób na odnalezienie swojego stylu i ćwiczenie kreatywności. Poza tym, czasem zdjęcia zachowane w stylu miniamistycznym potrafią zrobić naprawdę ogromne wrażenie. Nie bójcie się też pustych przestrzeni, wbrew pozorom one też są w stanie zbudować niesamowity klimat.


jak-robic-ladne-zdjecia-na-bloga

Fotografia to temat rzeka. Ja od dziecka kocham robić zdjęcia i uwielbiam o tym rozmawiać. Nie czuję się ekspertem, nie mam wykształcenia jako fotograf. Wszystkie uczyłam i wciąż uczę się na własną rękę i wiecie co? Uwielbiam to! Często pytacie o zdjęcia, a ja z chęcią Wam o tym opowiadam. Dla mnie ich istotnym elementem, szczególnie przy ładnych zdjęciach na bloga są właśnie dodatki. Nie pytajcie ile ich mam i jak bardzo się już nie mieszczą. Bo nie mieszczą się konkretnie. Wciąż jednak szukam inspiracji żeby cały czas się rozwijać, a to właśnie te drobne rzeczy potrafią wnieść samo zdjęcie na wyższy poziom.

Pamiętajcie o tym, żeby zajrzeć do pozostałych dziewczyn po cenne porady!

Miskejt • Agu blog • Ala Ma Kota

Co w fotografii sprawia Wam najwięcej problemów?

PS. Bardzo intensywnie chodzi mi po głowie przygotowanie kursu online z fotografii właśnie na bloga, produktowej lub napisanie ebooka, co o tym myślicie? Jest sens nad czymś takim pracować? Byłybyście zainteresowane?

Czytaj dalej ›

Anastasia Beverly Hills, Modern Renaissance

anastasia-beverly-hills-modern-renaissance

Gdybym miała powiedzieć jaka paleta wywołała w sieci najwięcej zachwytów w ultra krótkim czasie, bez zastanowienia pomyślałabym o palecie Anastasia Beverly Hills Modern Renaissance. Od jej premiery minął już ponad rok, a ona wciąż wzbudza podziw i miłość wśród użytkowniczek. Chyba nikogo nie zdziwi, że i ja się w niej zakochałam od pierwszego wejrzenia? Wzdychałam do niej długo, bo przecież NIE potrzebuję nowej palety (co, nie oszukujmy się - nigdy nie jest prawdą) i trafiła do mnie dopiero w sierpniu tego roku. Co, jakby nie patrzeć, jest sukcesem, bo od razu nie rzuciłam się na nią kiedy tylko pojawiła się w sprzedaży. Oficjalnie możecie być ze mnie dumne. 

anastasia-beverly-hills-modern-renaissance

Anastasia Beverly Hills, Modern Renaissance

O co tyle szumu? To była chyba jedna z pierwszych palet, która łączyła tak piękne, ciepłe odcienie. Te kolory zawładnęły światem beauty od pierwszej chwili i właśnie stąd tyle zamieszania, tyle szumu! O kolory. Śmiesznie prawda? Kto by pomyślał parę lat temu, że kobiety będą wzdychać, bo Anastasia Beverly Hills umie w kolory. Muszę przyznać, że marka projektując paletę Modern Renaissance przeszła samą siebie. To kolorystyczna petarda dla fanek makijażu i miłośniczek ciepłych kolorów. 

Nie dość, że paleta kolorystycznie tworzy bardzo atrakcyjną propozycję, to sama marka jest wyjątkowa. Każda kobieta interesująca się makijażem chciałaby choć raz dotknąć tych rarytasów. Nie zaprzeczajcie. Już ja wiem co Wam po głowach chodzi! Zresztą ze mną nie było inaczej. Nawet nie wyobrażacie sobie mojej radości, kiedy dotarł do mnie pierwszy produkt Anastasii, długo wyczekiwana ➥ pomada do brwi. Później poznałam z bliska paletę Self Made oraz Artist i żadna z nich nie zrobiła na mnie aż tak dużego wrażenia. Może to był jeden z powodów, dla których tak długo zwlekałam z zakupem kultowej Modern Renaissance

anastasia-beverly-hills-modern-renaissance

anastasia-beverly-hills-modern-renaissance

Konsystencja, pigmentacja, osypywanie i jakość

Czternaście cieni zamknięte jest w kartonowym, bardzo solidnym opakowaniu. Mamy tutaj całkiem porządny pędzelek i lusterko, które w podróży jest bardzo przydatne. Wizualnie jest przepiękna, choć pokrycie opakowania zamszem (welurem?) nie było najlepszym pomysłem. Wszystko się go czepia i paletką w ciągu 5 minut jest brudna, ja swoją trzymam w kartonie, bo inaczej codziennie musiałabym ją czyścić. Poza tym małym mankamentem, nie mam nic do zarzucenia, jakość opakowania jest jak najbardziej w porządku.

Wszystkim fankom paletki Modern Renaissance muszę przyznać rację w co najmniej jednej kwestii. Te cienie są naprawdę masełkowate i bardzo przyjemne! W palecie znajduje się 10 matowych cieni, dwie satyny i dwa cienie perłowe. Moim zdaniem kompozycja kolorystyczna jest bardzo trafiona. Trochę szkoda, że ciemny brąz nie wpada mocniej w czerń, ale i tak jesteśmy w stanie za jej pomocą stworzyć mnóstwo makijaży. Pigmentacja jest na bardzo wysokim poziomie, a blendowanie, łączenie kolorów, wzmacnianie intensywności przebiega w większości przypadków bezproblemowo. Najbardziej problematyczny cień Love Letter, jest jednocześnie tym najpiękniejszym z całej palety. Niestety jest suchy, tworzy prześwity i naprawdę trzeba się nakombinować żeby osiągnąć satysfakcjonujący efekt. Nie zmienia to jednak faktu, że warto się z nich chwilę pomęczyć, bo to przepiękny kolor. Cienie trzymają się na odpowiednio przygotowanej powiece (baza + korektor) przez cały dzień bez szwanku. Na szczęście w ciągu dnia już się nie osypują, a kolory nie tracą intensywności.

Zamawiając Modern Renaissance wiedziałam mniej więcej, czego mogę się spodziewać. Czytając jednak tyle zachwytów, oglądając chyba każdy możliwy film z użyciem tej palety i słuchając mnóstwo ekscytujących recenzji. zaczęłam oczekiwać ideału. Niestety daleko jej do ideału. Jej największym minusem, podobnie jak w przypadku tych poprzednich palet, które miałam, jest osypywanie się ceni. Podczas aplikacji bardzo się pylą, więc środek palety też w oka mgnieniu robi się brudny. Kiedy aplikujemy je na oko, cienie znów się osypują. Muszę przyznać, że jak na paletę o takiej renomie, oczekiwałam czegoś... prawie doskonałego. Oczywiście nie wymagam, aby cienie kompletnie się nie sypały, bo nawet nie wiem czy to jest możliwe, miałam jednak nadzieję, że w przypadku wyniesionej na piedestał Modern Renaissance będzie inaczej.

anastasia-beverly-hills-modern-renaissance

Czy warto kupić paletę Anastasia Beverly Hills, Modern Renaissance?

Jeżeli szukacie własnie takich kolorów, zależy Wam na dobrej pigmentacji i świetnej trwałości, to zdecydowanie tak. Apeluję jednak abyście polowały na promocje, zamawiały na sprawdzonych zagranicznych drogeriach online lub zamawiały ze strony producenta. Polecam też rozejrzeć się z zamiennikami kolorów tej palety chociażby w cieniach ➥ glamshadows albo ➥ Makeup Geek

Produkty Anastasia Beverly Hills nie są łatwo dostępne. Kosmetyki tej marki można dostać w kilku drogeriach internetowych, a ich przebitka cenowa jest niesamowita. Paleta na stronie ABH kosztuje 42$ czyli coś w granicach 150zł, a na naszych stronach kosztuje co najmniej 100zł więcej. Polecam polować na nią na przykład na Cult Beauty, tam nie ma tak wysokiej ceny, a przesyłka często jest darmowa. Ceny w Polsce są naprawdę bardzo zawyżone, a za te 250zł uważam, że nie warto jej kupować. 

Jako osoba, która ma naprawdę duże doświadczenie jeżeli chodzi o cienie, moim zdaniem ta paleta jest po prostu bardzo dobra. Nie jest rewelacyjna, nie odwróciła mojego świata do góry nogami. Bardzo ją lubię, sięgam po nią dość często, ale jeżeli miałabym w tej chwili wydać 250zł na paletę, wolałabym dołożyć 20zł i zamówić ➥ Morphe Brushes, Jaclyn Hill Palette

Jaka paleta cieni marzy Wam się najbardziej?

Czytaj dalej ›

Makijaże krok po kroku