aGwerblog to blog kosmetyczny z elementami lifestylu, porad i makijażu.

Rozświetlacz Stila i Magnificent Metals, Rose Gold Retro

rozświetlacz-stila

Rozświetlacz Sila chodził za mną od wielu miesięcy. Długo się na niego nie decydowałam, bo moja "toaletka" nie mieści już wszystkich moich kosmetyków, a rozświetlaczy mam zdecydowanie za dużo. Obejrzałam chyba wszystkie filmy na YT, w której youtuberzy opowiadali o tym rozświetlacz i postanowiłam go kupić. Jakieś dwa tygodnie później poleciła go na swoim kanale Maxineczka, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że to musi być dobry produkt. Czy faktycznie taki jest? Odpowiedź znajdziecie w dzisiejszym poście, w którym opowiem Wam też o niesamowitym cieniu, tej samej marki, w którym zakochałam się oglądając makijaże zagranicznym youtuberek.

rozświetlacz-stila

Rozświetlacz Stila, Heaven's Hue Highlighter, Kitten

Rozświetlacz Stila, Heaven's Hue Highlighter, w odcieniu Kitten zamknięty jest w złotym, plastikowym opakowaniu. Jest dość lekkie, solidnie wykonane i wizualnie do mnie trafia, choć kolorystycznie to średnio moja bajka. W zależności od tego gdzie go kupicie, ceny wyglądają bardzo różnie. Ja zamówiłam go na Cult Beuaty i za 10g produktu zapłaciłam ok. 130zł. Nie jest to najtańszy rozświetlacz jaki miałam i niestety, nie należy również do najlepszych.

Stlia zaskakuje przede wszystkim niespotykaną konsystencją. Na zdjęciu może znacznie tego nie widać, ale nie jest to produkt wypiekany, prasowany ani kremowy. Mówiąc w skrócie: jest pomiędzy. Dotykając go mocniej, możemy go odkształcić z czym wcześniej się nie spotkałam. Mam wrażenie, że w dotyku jest jak mokra, kremowa plastelina. Myślę, że dzięki tej unikatowej konsystencji zawdzięcza wykończenie jakie daje na skórze. Odcień Kitten jest przepiękny, dla mnie to bardzo naturalny kolor, lepszy ocień naszej skóry. Jest lekko szampański, ale bardzo neutralny. Wydaje mi się, że powinien pasować większości typów urody.

Po wszystkich recenzjach jakie obejrzałam miałam wrażenie, że będzie bardziej błyszczący, a efekt będzie intensywniejszy. Żeby jednak uzyskać pożądany błysk zawsze muszę trochę pokombinować. Nałożony bezpośrednio palcem postawia na skórze delikatny blask jakby mokrej skóry. W świetle dziennym ledwo go widać. Jako fanka mocnego błysku musiałam dokładać kilka warstw żeby uzyskać zadowalający mnie efekt. Pędzlem trwało to wieczność i niezależnie od tego jakiego modelu użyłam, to zawsze trwało to zdecydowanie za długo. Znacznie lepszy efekt jestem w stanie osiągnąć aplikując go w strategiczne miejsca za pomocą palca. Minusem tej metody są brudne palce, czego ja osobiście bardzo nie lubię. Znalazłam na niego jednak inny sposób i nakładam go trzykrotnie za pomocą pędzla. Po pierwsze na nieprzypudrowany podkład, następnie po przypudrowaniu dokładam kolejną warstwę i na koniec twarz pryskam mgiełką, wodą termalną lub fixerem i na to nakładam ostatnią warstwę. Jeżeli efekt mnie nie zadowala dokładam kolejną i w ten sposób jestem w stanie uzyskać mocny, intensywny połysk, czyli taki jak lubię.

Czy ten rozświetlacz wart jest takiego zachodu? Uważam, że zdecydowanie nie. Możemy nim uzyskać piękny efekt mokrej, mocno rozświetlone skóry. Trzyma się na buzi cały dzień, chociaż mam wrażenie, że po 6-7 godzinach delikatnie blaknie, ale znam produkty, z którymi pracuje się łatwiej, a są zdecydowanie tańsze.

rozświetlacz-stila

rozświetlacz-stila

Stila, Magnificent Metals Glitter & Glow Liquid Eye Shadow, Rose Gold Retro 


Nie jestem typową sroką, ale to już pewnie wiecie. Lubię mieć intensywny rozświetlacz na policzkach, lubię jak coś błyszczy na oku, ale nie mam na tym punkcie bzika. Od czasu do czasu mam ochotę żeby coś pięknie się świeciło i to mocno. Skoro pokazałam Wam rozświetlacz marki Stila, nie mogłam od razu nie wspomnieć o płynnym cieniu, który nabyłam w tym samym zamówieniu. Cienie Magnificent Metals Glitter & Glow Liquid Eye Shadow (ok. 110zł) pokazały się już mniej więcej rok temu na amerykańskim Youtube i od razu przykuły mój wzrok. To nowa odsłona foliowych cieni Magnificent Metals Foil Finish Eye, a może nie odsłona, ale stopień wyżej. 

Plastikowe, eleganckie pakowanie ponownie kryje w sobie nietuzinkową konsystencję. To faktycznie kremowy, prawie płynny cień, który ma zatopionych w sobie multum drobinek. Aplikator, który wygląda jakbyśmy go wyciągnęły z płynnej pomadki jest bardzo wygodny i pozwala na precyzyjną i dokładną aplikację cienia. Ładnie wygląda, dobrze się nim pracuje, a opakowanie jest wykonane solidnie.

Kolor Rose Gold Retro jest przepiękny. Nie uwierzę, jeżeli ktoś mi powie, że mu się nie podoba, bo to po prostu niemożliwe. Jest fantastyczny. To różowe, szampańskie złoto, z shimmerem, brokatem i drobinkami, które intensywnie odbijają światło. Szkoda, że bardzo szybko i w wielkiej ilości się osypują. Niestety konsystencja cienia zbiera się w załamaniach robią się dziury i prześwity, a już po krótkim czasie tworzą się nieestetyczne plamy. Na odpowiednio przygotowanej i wcześniej przypudrowanej powiece ten problem pojawia się później, ale i tak się pojawia. To kolejny kosmetyk, na który trzeba było znaleźć sposób. Jeżeli po zrobieniu makijażu spryskam twarz + oczy fixerem, wtedy drobinki trzymają się nieco lepiej, ale tak czy siak opadają, a cień zbiera się w załamaniach.

rozświetlacz-stila

rozświetlacz-stila

Czy warto kupić cień albo rozświetlacz marki Stila?

Oba produkty wyglądają zjawiskowo, są oryginalne i wyjątkowe na swój sposób. Niestety oba są też bardzo drobie, a jeżeli zamówicie je na polskich stronach do cen, które podałam musicie dodać co najmniej 100zł do każdego z nich. Mają sporo wad i mimo przepięknych kolorów, cudownego błysku, znam produkty, które mogą dać lepszy lub bardzo zbliżony efekt za znacznie mniejsze pieniądze. Chociażby folia z Makeup Revolution czy wcześniej podlinkowany rozświetlacz z Lovely. Bardzo bym chciała polecić Wam te produkty, powiedzieć, że warto je kupić mimo ich bardzo wysokiej ceny, ale niestety nie mogę. Uważam, że nie warto. Po prostu na tę jakość jaką otrzymujemy, nie warto wydać takich pieniędzy.

Nie wyrzucę ich, pobawię się nimi i na pewno zużyję do końca. Będę szukać sposobu na cień, bo byłby genialną opcją na sylwestra i jeżeli go znajdę - dam znać. Na ten moment mimo wielkiej miłości do efektu jakie dają te produkty, ich kolorów i ich niespotykanych konsystencji nie mogę Wam ich polecić. 

Czy Wam też zdarzały się takie drogie rozczarowania?

Czytaj dalej ›

Jesienny manicure | Provocater, kolekcja Find Me

provocater-find-me

Lakiery hybrydowe marki Provocater to dla mnie totalna nowość. Od dłuższego czasu wzdychałam do tych buteleczek za każdym razem jak widziałam je na Instagramie. Kiedy marka Provocater zaproponowała mi przetestowanie najnowszej kolekcji Find Me, zgodziłam się bez wahania. Chyba wiecie, że jestem estetką i mnie nie trzeba dwa razy powtarzać, jak coś tak ładnie wygląda. Dzisiaj pokażę Wam całą jesienną kolekcję Find Me, która urzekła mnie już na samym początku. Opowiem Wam też nieco o samych lakierach i o topie, który całkowicie zmienia oblicze każdego manicure.

provocater-find-me

provocater-find-me

Provocater, kolekcja Find Me 

W najnowszej kolekcji lakierów znajduje się 9 kolorów. Jak dla mnie to kompozycja bardzo jesienna i jako miłośniczka tej pory roku, bardzo się z nią utożsamiam. Dziewięć nowych kolorów zostało stworzone z myślą o sezonie jesień/zima 2017. Kolory pobudzają zmysły i kuszą elegancją. Inspiracją do ich stworzenia, były najpiękniejsze miejsca na świecie. Podoba mi się fakt, że wśród tej dziewiątki znajduje się coś dla miłośniczek lekkiego manicure, ale i dla fanek mocnych intensywnych paznokci. To jednak nie koniec nowości, ponieważ w buteleczkach wprowadzono nowe ulepszone pędzelki. Nie miałam styczności z poprzednimi, ale te nie sprawiały żadnego problemu podczas malowania paznokci. Są precyzyjne, sprężyste i pozwalają na równomierne rozłożenie koloru. Lakiery mają 7ml pojemności i jedna buteleczka kosztuje 29,90zł. Cała kolekcja dostępna jest na stronie Provocater.pl

lakiery-provocater-find-me

Muszę zwrócić uwagę na jeden bardzo istotny dla mnie fakt. Lakiery Provocater mają nieco inną konsystencję od lakierów hybrydowych, jakie stosowałam do tej pory. Są bardzo mocno napigmentowane i znacznie gęstsze niż lakiery innych marek. Początkowo byłam zaskoczona, ale po zrobieniu wzornika i pomalowaniu paznokci doszłam do wprawy. Nie ma w tym nic strasznego! Dla mnie zaletą jest fakt, że większość lakierów z nowej kolekcji ma niesamowitą pigmentacje i bardzo mocne krycie. Do gęstości można się przyzwyczaić, nawet jeżeli sprawia na początku małą trudność, bo efekt na paznokciach zdecydowanie jest tego wart!

103, French Quarter - mocno rozbielony róż, który wpada delikatnie w fiolet. To taki bardzo jasny, ale mocno przybrudzony odcień, świetny na co dzień. Do pełnego krycia wystarczą dwie warstwy, ale ponieważ lakier jest nieco rzadszy, nałożyłam trzy.
104, Lavender Provence - klasyczny odcień brudnego różu, który mocno wpada w fiolet, a nawet delikatną szarość. Tutaj krycie jest rewelacyjne, bo po pierwszej warstwie mamy 100% krycia. Delikatnie smuży, ale druga warstwa to niweluje.
105, Broadway Musical - intensywny, cukierkowych róż o chłodnej tonacji. Bardzo kojarzy mi się z pomadką Candy Yum Yum z MAC'a. Krycie doskonałe, spokojnie wystarczą dwie bardzo cieniutkie warstwy aby uzyskać zadowalający efekt.
106, Evening in Mediolan - przepiękna wiśniowa, przygaszona czerwień. Trudny do opisania odcień mocno wpadający właśnie w wiśnie. Podobnie jak dwa poprzedni kolory kryje bardzo dobrze i dwie warstwy wystarczą. Jest bardzo gęsty.
107, Roman Grapes - idealny odcień na jesień, to nieco ciemniejsza wersja poprzedniego lakieru zmieszana z czernią i odrobinką fioletu. Intensywny, bardzo kobiecy i niezwykle elegancki odcień. Pełne krycie osiąga  przy dwóch warstwach.
108, Midnight in Tokio - klasyczny, ciemny, śliwkowy fiolet. Powiedziałabym nawet, że ma w sobie odrobinkę brązu. Jest nieco rzadszy niż poprzednie lakiery, ale pełne krycie możemy osiągnąć przy dwóch cienkich warstwach. 
109, Green Stockholm - choć nie przepadam za zielenią na paznokciach, ta bardzo mi się podoba! Głęboka intensywna zieleń, którą nazwałabym choinkową. Fajnie się sprawdzi na święta! Ultra mocne krycie już przy pierwszej warstwie.
110, Spanish Flamenco - klasyczna czerwień, czyli kolor którego brakowało w mojej kolekcji. Przepiękna, bardzo dobrze napigmentowana. Będzie idealna na eleganckie wyjścia i ważne uroczystości. Świetnie kryje przy dwóch warstwach.
111, Evening in Moscow - ciemny, ciepły brąz. Bardzo elegancki kolor, jeżeli lubicie nieoczywiste odcienie na paznokciach. Podobnie jak w przypadku koloru 103 mamy tutaj nieco rzadszą konsystencję. 

Wzronik przygotowałam w wersji z połyskiem oraz w macie. Ja jestem oczywiście zakochana w matowym wykończeniu tych kolorów, bo wszystkie wyglądają przepięknie. Znając mnie nie prędko sięgnę po brąz i intensywny róż, ale już planuję świąteczne zdobienie w duecie czerwieni z zielenią.

lakiery-provocater-find-me

lakiery-provocater

Provocater, Top Matt No wipe

Trochę mnie już znacie, więc wiecie, że uwielbiam matowe paznokcie. Ciesze się, że marka Provocater ma w ofercie matowy top we wersji No Wipe, bo jest to niezwykle praktyczne. Nie wiem czy urzeka mnie subtelność jaką zyskują paznokcie, czy może elegancja, ale uwielbiam kolory w wersji matowej. Top Matt No Wipe marki Provocater to dla mnie zbawienie. Wystarczy jedna cienka warstwa, aby osiągnąć efekt całkowitego matu bez potrzeby przecierania płytki cleanerem. Oszczędność czasu i pieniędzy, a skórki też cierpią mniej. Lakier jest rzadszy niż kolorowe hybrydy, ale trzeba go nakładać bardzo dokładnie żeby nie pozostawiał smug i dokładnie pokrył całą płytkę. Nie chcemy aby na brzegach przebijał się połysk wcześniej nałożonego lakieru. 

Jesienny Manicure

Nie mogłam się zdecydować na jeden kolor, więc stwierdziłam, że zaszaleję. Jedną dłoń pomalowała lakierem 106 Evening in Mediolan i po prostu pokryłam kolor matowym oraz połyskującym topem. Dzięki temu manicure nie jest nudny, a dłonie wyglądają ciekawie. Poza tym... ten  kolor jest po prostu obłędny! Nie prędko będę chciała sięgnąć po coś innego tej jesieni! Natomiast lewą rękę pomalowałam numerem 107 Roman Grapes oraz przepięknym, brudnym różem 104 Lavender Provence. Wydaje mi się, że ten duet wygląda naprawdę przepięknie i powinien spodobać się również Wam. Poza tym jedna i druga ręka są bardzo jesienne!

lakiery-provocater

provocater-find-me

Kolekcja Find Me bardzo mi się podoba. To kwintesencja jesieni zamknięta w czarnych, eleganckich buteleczkach. W następnej kolejności sięgnę chyba po Spanish Flamenco, bo takie intensywnie czerwone paznokcie chodzą za mną już od kilku miesięcy. Nie powiem Wam jeszcze nic o trwałości tych lakierów, bo testuję je od niedawna, ale na pewno dam Wam znać w najbliższej przyszłości.

Który kolor wybrałybyście na jesień dla siebie?

Czytaj dalej ›

Nowości kosmetyczne z września | Stila, Pür Cosmetics, Sminko

nowosci-kosmetyczne

Wciąż staram się nie szaleć jeżeli chodzi o zakupy kosmetyczne, ale od czasu do czasu zdarzają mi się drobne wpadki. Kosmetykoholizm jest nieuleczalny, same dobrze o tym wiecie! Poza tym promocja w Rossmannie nie ułatwia sprawy, a że miałam kilka produktów do kupienia, to zaszłam. O tych zakupach jednak opowiem Wam przy innej okazji. Dzisiaj pokażę Wam moje nowości kosmetyczne z września i jak zwykle będzie tutaj dominować kolorówka. Nie, zaraz... Tu jest tylko kolorówka. No tak, chyba nikogo to już nie dziwi, prawda?

nowosci-kosmetyczne

Nowości kosmetyczne

Niedawno w asortymencie marki Semilac pojawiła się nowa kolekcja lakierów Bussines Line. To chyba najbogatsza kolekcja jaka do tej pory zasiliła szeregi marki. Łącznie jest to aż 36 nowych kolorów, a każdy z nich idealnie sprawdzi się do pracy, szkoły, na studia czy ważne spotkanie. Niebawem na blogu pokażę Wam te kolory z bliska. Jakbym miała za mało lakierów, kupiłam sobie długo wyczekiwany przeze mnie Natural Beauty z Neonail, który nie raz widziałam u Ewy Red Lipstick Monster. Wydaje mi się, że to będzie idealny nudziak. Teraz jednak testuję inne lakiery (o których poczytacie już niebawem!) i Natural Beauty musi jeszcze chwilę poczekać.

Do kufra dokupiłam też mój ulubiony puder marki Kryolan. Derma Color Fixing Powder, to puder wodoodporny, który doskonale przedłuża trwałość makijażu. W duecie z podkładami Makeup Atelier Paris, to pewniak na całą noc. Idealna opcja do makijaży ślubnych czy wieczorowych, które powinny przetrwać do białego rana. Jeżeli już jesteśmy przy uzupełnianiu kufra, to koniecznie musiałam go uzupełnić o nowy rozświetlacz. Bo jak? Nowy miesiąc bez nowego rozświetlacza? No chyba nie bardzo. Skusiłam się w końcu na wyśniony przeze mnie Heaven's Hue Highlighter marki Stila w kolorze Kitten. Nic Wam o nim jeszcze nie powiem, ale szykuje się wielkie... bum. Postanowiłam, że w duecie z rozświetlaczem skuszę się też na ten słynny cień Magnificen Metals Glitter & Glow Liquid Eye Shadow i wybrałam odcień Rose Gold Retro. Absolutnie fantastyczny kolor, który błyszczy z daleka, ale czy wart jest swojej ceny? Dziś się tego nie dowiecie. Taka będę!

W końcu pokażę Wam coś, co na swoją premierę na blogu musiało trochę poczekać. Przepiękna paleta Tune The (D)-ur, która zawiera dwanaście aksamitnych cieni marki Tune, trafiła do mnie już spory czas temu. Niestety przez masę innych obowiązków i palet do przetestowania, zabrałam się za nią dopiero niedawno i jestem pod wrażeniem. Zapytacie co to za marka, co to za paleta? Marka Tune Cosmetics została założona przez Martę, miłośniczkę makijażu i muzyki. Te dwie pasje połączyła w jedno, tworząc swoją autorską paletę Tune The (D)-ur. Przygotuję jej recenzję na blogu, bo myślę, że warto poznać ją z bliska.

nowosci-kosmetyczne

Pür Cosmetics

Muszę Wam mówić czym przyciągnęły moją uwagę kosmetyki Pür? Oczywiście marmurkowymi opakowaniami! Paleta do oczu Soiree Diaries od razu zachwyca kolorystyką, która nieco odbiega od aktualnych trendów. Mnie to absolutnie nie przeszkadza i jestem z niej bardzo zadowolona, choć cienie są troszkę suche to ich pigmentacja jest świetna. Natomiast w palecie do konturowania jestem zakochana! Uwielbiam ją za fantastycznie dobrane odcienie, aksamitne pudry i naprawdę rewelacyjną trwałość. Do testów mam jeszcze sporo innych kosmetyków tej marki, ale wyniki wielkiego testu poznacie za jakiś czas wraz z moimi spostrzeżeniami. Póki co z czystym sumieniem mogę Wam polecić obie palety, bo naprawdę jestem z nich zadowolona. 

nowosci-kosmetyczne

nowosci-kosmetyczne

Nowości Sminko.pl

Może jeszcze nie widziałyście nowości w asortymencie Sminko.pl, więc pora je pokazać! Ostatnio Marta wraz z Magdą zaprojektowały nowy, lepszy facechart. Nie dość, że wygląda fenomentalnie na zewnątrz, to również w środku zaoferowały nam fantastyczną jakość. Kartki są grubsze, a wybór facechartów jest znacznie większy. Jeżeli lubicie w ten sposób ćwiczyć swoje umiejętności - polecam! Z całego serca zachęcam Was też do wypróbowania rzęs ze sklepu dziewczyn. Moja kolekcja stale się powiększa, a każdy model zachwyca coraz bardziej. Ostatnio Sminko wzbogaciło się o dwa nowe modele: Bella oraz Freak. Ten pierwszy to chyba będzie best seller, bo robi furorę od samego początku. Natomiast Freak spodoba się tym z Was, które lubią szalone i naprawdę mocne rzęsy.

Ostatnią nowością jaką wprowadziły dziewczyny są nowe opakowania. Prawda, że cieszą oko? Złote tłoczenia na pudełeczkach, które zamykają się na magnes są po prostu przepiękne. Nowa jakość nie tylko w użytkowaniu, ale i rozkosz dla estetek. Dziewczyny wiedzą co dobre!

nowosci-kosmetyczne

nowosci-kosmetyczne

***

KONKURS!!!

Jeżeli macie ochotę przetestować rzęsy sminko albo sprawdzić, czy zabawa z facechartem jest dla Was nie możecie przegapić konkursu. Na Instagramie do niedzieli możecie zgarnąć fantastyczny zestaw! Nowy facechart oraz wie pary przepięknych rzęs: Bella oraz Rose - boskie, które bez problemu będzie mogły stosować przy swoich makijażach. Po więcej szczegółów zajrzyjcie na Instagram ↓↓↓

Konkursowe szaleństwo! Tym razem do zgarnięcia nowy, niesamowity facechart od @sminko.pl i dwie pary moich ulubionych rzęs: Bella oraz Rose. _______________ Co trzeba zrobić? 1. Być publicznym obserwatorem @agwer_blog i @sminko.pl 2. Zrepostować zdjęcie konkursowe i dodać hashtag #sminkokonkurs (wystarczy zrobić to raz) oraz odpowiedzieć pod zrepostowanym zdjęciem na pytanie konkursowe: ➡ Jak powinna wyglądać według Was idealna para sztucznych rzęs? 3. Oznaczyć pod zdjęciem konkursowym na moim profilu w komentarzu 2-3 osoby, które mogą być zainteresowane wygraną. 4. Udział mogą wziąć tylko osoby pełnoletnie posiadające konto publiczne i mieszkające w Polsce. 5. Konta stworzone tylko do rozdań nie będą brane pod uwagę. 6. Zaczynamy dziś 15.10.2017 a koniec zabawy za tydzień 22.10.2017 o 20:00 wyniki ogłoszę jak najszybciej na InataStories. 7. Wrzucajcie informacje o konkursie na swoje stories jeżeli macie ochotę, ale nie jest to obowiązkowe ❤❤
Post udostępniony przez a G w e r b l o g (@agwer_blog)

Jak tam wyglądają Wasze ostatnie zakupy? Kto zaszalał na promocji w Rossmannie?

Czytaj dalej ›

niedzielnik #24 | wizyta w siedzibie Pierre Rene, nowy aparat i Sephora Open Door


Za mną na prawdę bardzo intensywny tydzień. Nie do końca ogarnęłam kiedy się zaczął, a już mamy niedzielę i kolejny niedzielnik. Październik przywitał nas piękną pogodą, prawdziwą złotą jesienią, a ja nie mogę być bardziej zadowolona z tego powodu. Choć nie miałam niestety tyle czasu na czytanie co bym chciała, mam nadzieję, że od jutra będę mogła to nadrobić. Początek października obfitował u mnie w sporo pracy i wyjazdów, a kiedy wyjazdy są blisko związane z blogowaniem, tym bardziej sprawiają mi przyjemność. Dziś opowiem Wam o wizycie w siedzibie Pierre Rene i czemu się tam znalazłam oraz jak było na wydarzeniu Sephora Open Door w Warszawie. Kto ze mną zostaje? Ostrzegam, będzie mega dużo zdjęć!

Nowy aparat! 

Miałam zacząć od wyjazdów, przygód i #bloggerlife, ale najpierw muszę się pochwalić. Wybaczcie, ale moja próżność wygrała. Myślcie sobie co chcecie, ale tak bardzo się cieszę, że muszę się tym z Wami podzielić! Doczekałam się wymiany aparatu! W KOŃCU. Nie to, żeby mój Nikon D5100 był zły, bo nie był. Miałam jednak wrażenie, że zaczął mnie ograniczać i nawet moja kreatywność nie bardzo była w stanie mi pomóc. Bardzo lubiłam ten aparat, ale zawsze CZEGOŚ mi w nim brakowało. Już dwa lata temu chciałam całkowicie przenieść się z Nikona do konkurencji, ale rozsądek wygrał z sercem. Po co kupować nowy sprzęt, skoro mogę tylko dokupić obiektyw? Tym sposobem znowu zostałam z Nikonem. Tym razem postanowiłam nie słuchać głosu rozsądku i w końcu zrobić ten krok, o którym myślałam od dawna. Kupiłam nowy aparat. Zrobiłam research, porozmawiałam z kilkoma osobami i zdecydowałam się na aparat Canon 80D oraz obiektyw 35 mm f/2.0 i nie mogę wyjść z podziwu jak szybko go ogarnęłam. Dotykowy ekran, przesyłanie zdjęć od razu na telefon albo komputer? Dopiero odrywam ten aparat i jeszcze dobrze go nie przetestowałam, ale pierwsze testy zaparły mi dech w piersiach. Dziś zabieram go na miasto i trochę się zabawimy, mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie.


Zapomniałabym! Jeżeli pozwolą i na to warunki i czas, zabiorę się też w końcu za rozkręcenie kanału na YT. Mam kilka pomysłów i mam nadzieję, że uda mi się je zrealizować. Na sam początek, jaki chciałybyście zobaczyć makijaż jako pierwszy?

Siedziba Pierre Rene

Może nie wiecie, ale w tym roku mój blog został wyróżniony statuetką Beauty# na konferencji Meet Beauty. Otrzymałam śliczną statuetkę, ogromną paczkę kosmetyków i zaproszenie na weekend w spa w Ustce  w hotelu Grand Lubicz. Zawitałam w tej miejscowości na początku października i miałam niesamowitą przyjemność odwiedzić i obejrzeć od środka siedzibę marki Pierre Rene, która znajduje się właśnie w Ustce. Przyznam się bez bicia, że tę markę często omijałam będąc w drogerii. Czemu? Trudno mi powiedzieć, bo niewiele produktów Pierre Rene miałam okazję używać i nie miałam czym się  rozczarować. Teraz na pewno będę miała okazję poznać ją z bliska, bo mam w zanadrzu sporo kosmetyków do testów, ale dzisiaj nie o tym.

Ten wyjazd był mi potrzebny. Doszłam do tego momentu, kiedy czułam po prostu, że potrzebuje chwili dla siebie. Czułam, że powoli zaczynam nie dawać rady i za dużo rzeczy robię na raz. Zaczęłam się po prostu gubić i wiedziałam, że jeżeli chwile nie odsapnę, to w końcu coś pęknie. Trzy dni oderwania od codzienności to idealny sposób na relaks. Spacery nad morzem, czytanie książki w mega wygodnym łóżku, błogie lenistwo i relaks. Potrzebowałam tego, naładowałam baterię i wróciłam do pracy pełna pomysłów i nowej energii.




Wizyta w siedzibie marki Pierre Rene była dla mnie naprawdę miłym doświadczeniem. Okazała się całkowicie spontaniczna, ale to chyba jest w takich sytuacjach najprzyjemniejsze. Podczas spotkania z Magdą, dowiedziałam się kilku naprawdę fajnych rzeczy o marce. Czy wiecie, że wszystko zaczęło się od... mężczyzny? To niesamowite, że pierwszy właściciel marki postanowił stworzyć imperium, które od dwudziestu lat prężnie się rozwija. Kolejnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że najbardziej kultowym produktem jest tusz do rzęs zamknięty w jasno zielonym opakowaniu i jako jedyny nie przeszedł wizualnych zmian. Wciąż można go kupić w takim samym opakowaniu, jak 20 lat temu. To naprawdę fajne, że marka tak pamięta o swoich początkach, a klientki wciąż sięgają po ten kultowy produkt. Poza tym, czy wiecie, że kosmetyki Pierre Rene nie są rozlewane maszynowo? Każdy zakupiony przez Was kosmetyk był przygotowany przez pracownika marki. Niesamowicie mnie to urzekło, ten element ludzki, który w takich korporacjach coraz częściej zanika, tutaj jest na porządku dziennym.

Choć czas miałam mocno ograniczony, Magda zabrała mnie na zwiedzanie siedziby. Miałam przyjemność obejrzeć jako pierwsza, prototyp wysp, które będą pojawiać się w wielu miastach w Polsce i na świecie. Byłam świadkiem prasowania cieni, przekładania pomadek do opakowania, widziałam wszystkie masy kosmetyczne, opakowania, rozlewnie lakierów i to było naprawdę niesamowite doświadczenie. Nie wiedziałam, że marka ma tak głębokie korzenie, że kosmetyki są tworzone z taką starannością i cieszę się, że miałam okazję i możliwość odwiedzić to miejsce. W związku z tym dziękuję marce Pierre Rene za zaproszenie do hotelu i do siedziby oraz przesympatycznej Magdzie, która znalazła czas aby się mną zająć. Cieszę się, że miałam okazję znaleźć się w miejscu, gdzie kosmetyki są tworzone z taką pasją i zaangażowaniem.




Sephora Open Door

W tym roku po raz pierwszy uczestniczyłam w wydarzeniu Sephora Open Door. Właśnie z tym wiązała się moja ostatnia podróż do stolicy, ale wiecie co? Było warto! Naoglądałam się niesamowitych nowości, które już niebawem pojawią się w sprzedaży i muszę Wam powiedzieć, że będzie sztos! Samo wydarzenie było świetnie zorganizowane, świąteczna otoczka, klimat i wystrój zdecydowanie wprowadzały w świąteczny klimat. Zdradzę Wam, że już niebawem w Sephorze pojawi się sporo ciekawych kosmetyków, a prawdopodobnie w listopadzie wejdzie do sprzedaży marka Sigma Beauty. Bardzo mnie to cieszy, bo uwielbiam ich pędzle. Z tego co wiem początkowo będą dostępne tylko online, jak będzie później to nie wiem. Nie zmienia to faktu, że ta informacja bardzo mi się podoba.
➥  Czy warto kupić pędzle Sigma?

Jak było na Sephora Open Door? Mega sympatycznie! Bardzo się cieszę, że w końcu, W KOŃCU miałam okazję poznać dziewczyny, z którymi kontakt miałam tylko online. Tutaj pozdrawiam dziewczyny z Milenę i Ilonę, Agatę, Justynę, Olę i kolejną Justynę. Ponownie spotkałam blogerki, które bardzo lubię i żałuję, że miałam tak mało czasu żeby z każdą porozmawiać dłużej niż przez 3 minuty. Niestety pośpiech i perspektywa długiej podróży nie pozwoliły mi zostać do końca, ale następnym razem na pewno kupuję zdecydowanie późniejszy pociąg! Obejrzałam wszystkie zapowiadane nowości, pomacałam masę pięknych kosmetyków i nawiązałam nowe znajomości. Właśnie to kocham w takich wydarzeniach. Chociaż ja raczej należę do osób, które wolą stać z boku i obserwować, to w blogerskim towarzystwie zawsze czuję się doskonale.







Bawiłam się doskonale! Chociaż ostatni tydzień był pełen wrażeń, to kiedy wróciłam wreszcie do domu poczułam, że tego było mi trzeba. Zarówno wyprawa do Ustki jak i podróż do Warszawy zamiast mnie zmęczyć dodały mi energetycznego kopniaka. Odpoczynek w towarzystwie przesympatycznych ludzi, morskiego świeżego powietrza, kosmetyków i książek to coś, co lubię najbardziej. Czego chcieć więcej?

A jak minął Wasz tydzień?

Czytaj dalej ›

7 najpiękniejszych czerwonych pomadek

 najladniejsza-czerwona-pomadka

Każda kobieta, a już na pewno każda szanująca się blogerka, powinna mieć w swojej toaletce czerwoną pomadkę. Właściwie, to minimum trzy. Czerwone usta to kwintesencja kobiecości, elegancji i seksapilu, który skrywa w sobie przecież każda z nas. Ostatnio w radiu słyszałam, że im intensywniejszy makijaż, tym mężczyźni myślą, że wyglądamy młodziej. Usta podkreślone intensywną, soczystą czerwienią idealnie wpisują się w ten kanon. O ile ma cokolwiek wspólnego z prawdą. W co szczerze wątpię. Niemniej jednak, czerwona pomadka to must have i niezależnie od tego, czy czujemy się w niej dobrze, czy źle - powinniśmy jakąś posiadać. Po prostu, bo tak trzeba i nie widzę sensu więcej o tym dyskutować. W dzisiejszym poście przygotowałam dla Was subiektywny ranking siedmiu najpiękniejszych czerwonych pomadek, które powinnyście poznać z bliska.

najladniejsza-czerwona-pomadka

Komu pasuje czerwona pomadka?

Dobranie czerwonej pomadki, to dość trudne zadanie. Ja wchodzę z założenia, że każdej z nas pasuje czerwień na ustach, a jeżeli ktoś twierdzi inaczej, to znaczy, że wybrał zły odcień. Tego się trzymam i właśnie to, zawsze mówię moim klientkom. Pomadka w kolorze czerwieni musi pasować do tonacji naszej skóry, do tego jaką mamy karnację i czy udało nam się dostatecznie wyrównać koloryt skóry. Pamiętajcie, że czerwony kolor mocno podbije widoczne niedoskonałości, więc przy takiej pomadce korektor jest obowiązkowy. Ponadto jeżeli boicie się czerwieni, nikt nie zmusza Was do tego, żeby sięgać po te ultra intensywne. Zawsze możecie próbować z błyszczykami albo pomadkami półtransparentnymi. Czerwień, czerwieni nierówna.

7 najpiękniejszych czerwonych pomadek

Takie zestawienie miałam już przygotować lata świetlne temu. Długo się wstrzymywałam, bo ja lubię i dobrze się czuję, tylko w jednym odcieniu czerwieni. Tzn. w kilku, ale ultra do siebie podobnych.  Po co więc pokazywać Wam ten sam kolor, ale różnych firm? No jesień w końcu mnie do tego zmotywowała! Bo kiedy nie nosić czerwone, intensywne usta jak nie teraz? No właśnie! Przejdźmy jednak do rzeczy. Chcę żebyście miały na uwadze, że dziś nie skupiłam się na ultra trwałych pomadkach, które będą się trzymać cały dzień. Nie. Dziś postawiłam na kolory, piękne, intensywne i szalenie kobiece.

najladniejsza-czerwona-pomadka

najladniejsza-czerwona-pomadka

MAC, M.A.C RED - przez wiele długich miesięcy, to był mój numer jeden jeżeli chodzi o czerwone pomadki. To satynowy mat z delikatnym połyskiem, który przepięknie wygląda na ustach. Chociaż nie jest to najbardziej trwała pomadka na świecie, to jak na tak intensywny kolor, zjada się bardzo przyzwoicie. To czerwień podbita niebieskimi tonami i to własnie za to ją kocham.

MAC, Ruby Woo - bardzo matowa pomadka, która pozwala na idealne, seksowne, czerwone usta. Ma nieco inną tonację niż poprzednia pomadka MAC, ale wciąż ma właściwości wybielające zęby. To jedna z najbardziej znanych pomadek marki, nie bez powodu wkradła się do dzisiejszego rankingu. Ruby Woo jest po prostu przepiękna!

Smashbox, Always on liquid lipstick, Bawse - z tej serii mam jeszcze jedną czerwień od Smashbox'a, ale to właśnie Bawse wygląda zdecydowanie lepiej przy mojej urodzie. To taki odcień, który pasuje właściwie każdemu. Nie jest ani zbyt pomarańczowa, ani zbyt fuksjowa przez co wiele z Was powinno dobrze w niej wyglądać. Niestety z trwałością jest tutaj bardzo średnio.

Zoeva, Pure Velours Lips, Blue Blood - ciemna, krwista i chłodna czerwień. Bardzo elegancka, intensywna i zdecydowana, a podobnie jak w przypadku M.A.C RED, niebieskie tony wybielają zęby. Lubię jej lekką formułę i przepiękny odcień, choć trwałością nie powala na kolana.

Deborah, Mat Effect, 07 - odcień 07 jest właściwie identyczny jak wspomniana wcześniej pomadka Zoevy Blue Blood, ale zdecydowanie bardziej trwały. Jak to bywa w przypadku bardzo nasyconych pomadek, ten kolor widocznie zjada się z ust, ale daje tak piękny efekt, że można jej to wybaczyć. Za taki odcień, w tak przystępnej cenie myślę, że warto się nią zainteresować.

Golden Rose, Longstay Liquid Matte, 18 - tej serii nie muszę Wam pewnie przedstawiać. Odcień o numerze 18 pojawił się w kolekcji nieco później, ale od razu powalił na kolana. Bardzo intensywna, neutralna czerwień o głębokim i naprawdę mocnym pigmencie. Jeżeli wiem, że szykuje mi się długi pobyt poza domem, a mam ochotę na czerwone usta, to właśnie tę pomadkę zabieram ze sobą. Nie dość, że ma piękny kolor, to trwałość jest na wysokim poziomie.

Makeup Geek, Creme Satin, Flamenco - najciemniejsza i jednocześnie jedna z chłodniejszych pomadek z dzisiejszego zestawienia. Kolor na ustach robi się nieco ciemniejszy, ale nie ujmuje to jej urodzie. Bardzo ją lubię, bo dodaje makijażowi nutki pikanterii. Jeżeli szukacie głębszej czerwieni, nieco ciemniejszej niż klasyczna - polecam Flamenco.

najladniejsza-czerwona-pomadka

Tak właśnie prezentuje się moja subiektywna siódemka. Jak wspomniałam, skupiłam się tutaj na odcieniach, które jak widać są do siebie mocno zbliżone. Nie przepadam za pomidorowymi odcieniami czerwieni, wpadające w pomarańcz również do mnie nie trafiają. Malinowa czerwień lub taka, której blisko do fuksji - to coś, co uwielbiam! Chciałam Wam pokazać, moje ulubione kolory czerwonych pomadek i może jestem nudna, ale czyż one nie są piękne?! 

Jaka jest Wasza ulubiona czerwona pomadka? A właściwie trzy?

Czytaj dalej ›

Najmocniej kryjący podkład drogeryjny? | L'oreal Infallible Total Cover

l'oreal-total-cover

Która z Was nie marzy o podkładzie, który przy mocnym kryciu nie spowoduje efektu maski? Ja na pewno takiego szukam. W moich poszukiwaniach trafiłam na podkład L'oreal Infallible Total Cover, który po raz pierwszy zobaczyłam na zagranicznych kanałach YT. Czekałam aż pojawi się w Polsce, ale się nie doczekałam. Dobrze, że mam znajomych w Wielkiej Brytanii! Osobiście nie mam do zakrycia zbyt wielu niedoskonałości, ale często mam mocno zaróżowione policzki przez popękane naczynka i bardzo tego nie lubię. Szukam podkładu, który poradzi sobie z moimi naczynkami, ale nie będzie jednocześnie ciężki dla skóry i nie pozostawi na niej ciastka lub nieestetycznych plam. Podkład testuję od maja i nadeszła pora aby podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Jeżeli jesteście ciekawe, zapraszam na post!

l'oreal-total-cover

L'oreal Infallible Total Cover

Zapewne wiecie, że ten podkład L'oreal nie jest jeszcze dostępny w Polsce. Nie mam pojęcia czy pojawi się w naszych drogeriach, ale ja byłam go bardzo ciekawa i cieszę się, że miałam okazję go przetestować. Nie mam pewności czy to ten sam produkt, który widziałam na amerykańskich kanałach, bo tamto opakowanie nieco się różni. Niestety nie prędko będę mogła to sprawdzić, więc muszę się cieszyć tym, co mam. Online widziałam go jedynie na stronie iperfumy, nigdzie indziej go nie znalazłam.

L'oreal Infallible Total Cover (ok. 50zł/35g) zamknięty jest w bardzo eleganckiej, czarnej tubce. Od razu zwróciła moją uwagę, bo lubię minimalistyczne opakowania, które cieszą oko. To zdecydowanie do takich należy. Podkład trzeba po prostu wycisnąć z opakowania, a jego konsystencja jest... dziwna. Określiłabym ją słowem "mus", ale taki bardziej wilgotny niż suchy. Nie spotkałam się jeszcze z podkładem o takiej formule i myślę, że właśnie ona jest tutaj bardzo unikatowa. Ale czy na pewno taka fajna?

l'oreal-total-cover

Najmocniej kryjący podkład drogeryjny?

Pewnie wiecie, że choć lubię ➥ Estee Lauder, Double Wear, to mógłby (za taką kwotę) mieć jednak nieco lepsze krycie. Moim ulubieńcem do stosowania na co dzień bez dwóch zdań, wciąż jest  podkład Maybelline z serii ➥ Fit Me, Matte +porless. Ja mam cerę mieszaną czyli normalne policzki oraz trochę przetłuszczającą się strefę T, z problematycznym nosem. Od czasu do czasu zdarzają mi się suche policzki, ale na szczęście niezbyt często. Po co o tym mówię? Bo chcę żebyście wiedziały jaką mam cerę i jak on zachowuje się na tego typu skórze. 

Zacznijmy od tego co Wasz pewnie najbardziej interesuje. Czy faktycznie jest to najmocniej kryjący podkład drogeryjny? Krycie ma dobre, nawet bardzo dobre, ale moim ulubionym Fit Me, mogę osiągnąć coś podobnego, ale z ładniejszym efektem na skórze. L'oreal Total Cover kryje wszystkie niedoskonałości całkiem dobrze, ale jednocześnie bardzo je podkreśla, co widać na zdjęciu poniżej. Jeżeli macie suchą skórę, to powinnyście omijać go szerokim łukiem. Na dłuższą metę może wysuszać, poza tym podkreśla wszystkie suche skórki. Więc co z tego, że zakryje niedoskonałości, skoro jednocześnie będą one przez niego bardziej widoczne? L'oreal Infallible Total Cover niestety nie lubi się z każdym pudrem bo np. Laura Marcier sprawiała, że ciemniał (co nie zdarzyło się z żadnym innym podkładem). Co śmieszne, to nie na całej twarzy, ale tylko w niektórych miejscach. Trzeba dokładać go bardzo ostrożnie, bo lubi robić się ciastkiem.

To jest podkład do cery idealnej. W momentach kiedy nie miałam większych problemów z cerą, a zakrycia wymagały tylko naczynka, wtedy byłam z niego zadowolona. Bez większych niedoskonałości, przesuszeń czy pryszczy spisywał się bardzo dobrze. L'oreal Tota Cover nałożony gąbeczką, ładnie stapia się ze skórą i wygląda całkiem przyzwoicie. W moim przypadku ładnie wygląda jedynie na policzkach i to w te dni, kiedy nie ma na nich absolutnie żadnych niedoskonałości. 

l'oreal-total-cover

W kwestii trwałości jest w porządku. Trzyma się bez zarzutu przez 6-7 godzin i w moim przypadku przypudrowania i lekkich poprawek wymagał jedynie nos. Dobrze utrzymuje kontur, róż i rozświetlacz, więc w tej kwestii nie mogę mu wiele zarzucić.

Nie mogę Wam z czystym sumieniem polecić tego podkładu. Jest trudny i choć nie czuć go na twarzy, przyjemnie się nosi to sprawia zbyt wiele problemów. Aktualnie mamy tak duży wybór podkładów, że nawet w drogeriach spokojnie można znaleźć coś lepszego. 

Znacie jakiś podkład drogeryjny, który naprawdę warto sprawdzić?

Czytaj dalej ›

Makijaże krok po kroku